510. Już na mnie siedziała
Nie czekała zbyt długo. Kiedy pozycja wydała się jej dostatecznie wygodna, bez wahania ujęła grubą fujarę w połowie długości, przechyliła w swoją stronę i z zapałem wzięła do ust. Przeszyło mnie gorące, pulsujące doznanie rozkoszy.
– Uuuuuuaaaach, – jęknąłem głośno, a ona zaczęła ssać.
Słodkie, wilgotne ciepło na końcu mojego prącia, było trudne do opanowania. Na dodatek jej zwinne, elastyczne palce zdawały się tańczyć na grubym żylastym korzeniu. Jej policzki zapadły się tworząc podciśnienie, które nie tylko podniecało, ale zdawało się wyciągać ze mnie całą energię życiową.
Uniosła wzrok i spojrzała prosto w moje oczy. Jej ciemne źrenice wyrażały niezwykłe zaangażowanie, jakby chciała powiedzieć, że teraz nie wypuści mnie ze swoich objęć, że zrobimy to do końca. Że będzie mnie pieścić tak długo, aż spuszczę się w jej buzię.
Byłem w siódmym niebie. Nie wiedziałem, jak mam się teraz zachowywać. Uniosłem biodra ponad kanapę i podsunąłem jej do ust mojego spragnionego zaganiacza. Teraz był jeszcze bliżej. Chciałem aby mogła zrobić wszystko to, co zechce, aby mogła mnie zniewolić i zaprowadzić wprost do bram raju. Czułem narastające pulsowanie w kroczu. Słodkie, gorące skurcze przesuwały się od ud poprzez jądra, trzon mojej dzidy, a na samym grocie kończąc. Rozpływałem się w tym oszałamiającym uczuciu. Płynąłem na fali uniesienia, stopniowo zapominając o wszystkim, co się wokół mnie dzieje.
Kiedy tylko zamierzała przejść do kolejnego etapu tej rozgrywki, wyczułem to od razu. No cóż, nie dało się tego ukryć. To było jak kolejny akapit gorącej powieści, który czytelnik połyka łapczywie.
– Och, Natalia, jakaś ty słodka. – wyrwało się z moich ust.
Nim zdążyłem się zorientować, już na mnie siedziała. Była zwinna jak akrobatka. Zrobiła to płynnie i z najwyższą gracją. Przygniotła mnie swoim słodkim ciężarem i oplatając moje biodra swoimi nogami wzięła mnie w swoje posiadanie. Moja gigantyczna fujara jakby tylko na to czekała. Wejście w jej słodkie gniazdko miłości było szybkie i zuchwałe. Z głośnym mlaśnięciem wjechałem na samo dno jej niebiańskiej czeluści i, w obawie, by nie zatracić się w niej całkowicie, ująłem ją za pośladki i w desperacji próbowałem powstrzymać. Jakbym rzeczywiście tego chciał. Ale nie chciałem. Na Boga nie chciałem.
Walczyliśmy. Ona parła na dół, a ja unosiłem ją do góry. A każdy ruch przyprawiał mnie o utratę zmysłów. Konałem przy niej, a jednocześnie pragnąłem tego więcej.
Odwróciła głowę i zlustrowała pomieszczenie. Zdziwiłem się, że w tym momencie ma jeszcze na to siłę. Ja byłem już na granicy orgazmu, na granicy istnienia. Jej cipka obejmowała mojego ptaka słodkim, gorącym i wilgotnym uściskiem. Zastanawiałem się, który ruch do dołu będzie tym ostatnim. Tym, po którym za wdzięcznością powiem Amen.
Do dołu i do góry. Do dołu i do góry. Powoli i rytmicznie. Do dołu i do góry. Bardzo głęboko, słodko i gorąco. Unosiłem ją i opuszczałem. Unosiłem i opuszczałem. Bez pośpiechu, metodycznie. Tak, aby wytrzymać jak najdłużej. Choć robiło mi się coraz bardziej przyjemnie, coraz bardziej słodko i gorąco, starałem się utrzymać tempo i nie wystrzelić zbyt wcześnie. To było jak gra pod tytułem: Jeszcze jeden ruch. Jeszcze jedno posunięcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz