Szukaj na tym blogu

23 sierpnia 2026

Zielone jabłuszko

        3. Obok siebie


        Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką chrzestną. Nie będę wymieniał imion i nazwisk pozostałych – nie one są tu ważne. Liczy się to, że tamtego dnia stanęliśmy oboje w samym sercu czegoś doniosłego, czegoś, co dla nas dwojga miało zupełnie inny, głębszy ciężar niż dla reszty parafian.

        Staliśmy obok siebie przy chrzcielnicy z jasnego kamienia, który chłódził powietrze wokół. Ja w ciemnym garniturze, ona w skromnej, jasnej sukience, która miękko opływała jej szczupłą sylwetkę, podkreślając delikatną linię ramion i talii. Włosy miała spięte z tyłu w prosty węzeł, lecz kilka niesfornych kosmyków wymknęło się i opadało jej na policzki, muskając skórę jak pieszczota wiatru. Kiedy ksiądz proboszcz polewał wodą święconą głowę chłopca, nasze dłonie na krótką chwilę się spotkały – przypadkowo, a jednak z taką siłą, jakby ten dotyk niósł w sobie całe napięcie ostatnich miesięcy. Skóra Urszuli była ciepła, lekko wilgotna od emocji. Poczułem, jak przez ten jeden ułamek sekundy coś między nami drgnęło, jakby niewidzialna nić napięła się mocniej.

        Patrzyłem na nią kątem oka. Była wyraźnie poruszona. W jej dużych, stalowo-szarych oczach odbijało się drżące światło świec i kolorowe refleksy witraży, przez co wydawały się głębsze, niemal bezdenne. Widziałem, jak drżą jej palce, gdy delikatnie trzymała chłopca za ramię – te same długie, giętkie palce, które zawsze przywodziły mi na myśl pianistkę grającą w pustym kościele. Oddychała płytko, a na jej szyi pulsowała delikatna żyłka. W powietrzu unosił się gęsty, słodkawy zapach kadzidła, topiącego się wosku i świeżych sosnowych igieł, które wierni wnosili na butach z zewnątrz. Cała parafia patrzyła na nas. Dla wielu byliśmy po prostu parą chrzestnych stojącą przy chrzcielnicy. Dla mnie ten moment był początkiem czegoś znacznie bardziej intymnego, czegoś, co kiełkowało powoli, głęboko pod powierzchnią codzienności.

        Po ceremonii, gdy zdjęcia już zrobiono, a dzieci w swoich białych szatach biegały między ławkami, śmiejąc się głośno i nieporadnie, podeszliśmy do siebie na chwilę w bocznej nawie. Urszula uniosła wzrok, uśmiechnęła się tym swoim nieśmiałym, prawie nieobecnym uśmiechem i powiedziała cicho, głosem miękkim jak aksamit:

        – To było piękne… prawda?

        W tych kilku słowach usłyszałem o wiele więcej niż tylko radość z chrztu. Usłyszałem cichą tęsknotę za bliskością, potrzebę kogoś, kto zrozumie, że dla niej ten dzień też był ważny – nie jako kolejny obowiązek parafialny, lecz jako chwila, w której poczuła, że naprawdę należy do czegoś większego, coś, co daje oparcie w życiu pełnym cichych napięć.

        – Tak – odpowiedziałem, kiwając głową, a głos mi trochę zadrżał. – Rzeczywiście, to było poruszające. Bardziej, niż myślałem.

        Chciałem powiedzieć coś więcej, coś głębszego, ale słowa uwięzły mi w gardle jak cierń. Zamiast tego spojrzałem na nią dłużej, niż wypadało. Na jej delikatną szyję, gdzie pulsowało życie, na lekki rumieniec, który wypłynął na policzki jak wiosenny świt, na te kilka drobnych piegów rozsianych wokół małego, prostego noska, na drżące, miękkie usta i te stalowe oczy z niebieskawym poblaskiem, które patrzyły na mnie z taką intensywnością. Widziałem, jak nerwowo splata palce przed sobą, jakby próbowała w ten sposób utrzymać równowagę.

22 sierpnia 2026

Zielone jabłuszko

        2. Skromna dziewczyna


        Z czasem jednak zaczęły się rysować pęknięcia. Ci, którzy mieli pieniądze, czasem nie mogli się powstrzymać, by tego nie zaznaczyć – w sposobie, w jaki zajmowali lepsze miejsca, w tonie głosu, w drobnych gestach, które mówiły „my wiemy lepiej”. Ci z wyższym wykształceniem i pozycją społeczną jakby automatycznie przypisywali sobie prawo do bycia głosem rozstrzygającym. A ci, którzy przychodzili z pustymi rękami, czuli to wszystko boleśnie, choć nikt nie mówił tego wprost. Cisza między słowami stawała się ciężka, pełna niewypowiedzianych żalów. Nierówności rosły powoli, jak szczeliny w starej, spracowanej ścianie. Mimo to niektóre więzi przetrwały. Wyszły poza mury kościoła i stały się prawdziwe, osobiste, czasem nawet głębsze niż sama wiara.

        Jedną z takich osób była Urszula.

        Skromna dziewczyna, dopiero co po szkole średniej, która właśnie zaczynała swoją pierwszą pracę. Szczupła, delikatna, z dużymi oczami o barwie stalowego cienia i mokrej kory sosnowej. W półmroku kościoła wydawały się prawie czarne, ale gdy światło padało na nie z ukosa, widać było w nich srebrzyste iskierki, jakby ktoś rozsypał tam drobiny światła. Jej twarz była zwyczajna, ale właśnie ta zwyczajność urzekała – prostota rysów, które ożywały pod wpływem uśmiechu. Uśmiechu niewinnego, skromnego, a jednak kryjącego w sobie jakąś głębszą, niedostępną tajemnicę. Włosy miała w nieokreślonym odcieniu, ani ciemne, ani jasne, z delikatnymi, jaśniejszymi pasemkami, które wyglądały jak naturalny balejaż wymalowany przez słońce i wiatr. Długie, giętkie palce – jakby stworzone do gry na fortepianie – często splatała nerwowo na kolanach, jakby próbowała w ten sposób utrzymać równowagę w świecie, który nie zawsze był dla niej łaskawy.

        Pochodziła z domu, w którym cisza bywała cięższa niż krzyk. Starszy brat walczył z nałogiem, rodzice nosili w sobie własne, niewypowiedziane zmęczenie. Przyjechała tu z nimi szukać choćby odrobiny spokoju i wsparcia. Pracowała na zmywaku w kuchni małej restauracji, choć była silnie uczulona na chemiczne detergenty. Codziennie jej dłonie czerwieniały, piekły, pękały, ale nigdy nie słyszałem, by się poskarżyła. Jej obecność była cicha, niemal niewidoczna, a jednak wyczuwalna – jak delikatny, świeży zapach sosnowych igieł po letnim deszczu.

        Byłem lektorem. Wchodziłem na ambonę w odświętnym garniturze i krawacie, czytałem Pismo Święte głosem, który sam sobie wydawał się wtedy ważniejszy. Dla mnie to było wyróżnienie, małe poczucie sensu w chaotycznym świecie. Urszula patrzyła na mnie z tej swojej ławki z fascynacją, której nie umiała ukryć. Tak patrzą ludzie, którzy w kimś innym dostrzegają to, czego sami bardzo pragną – stabilność, pewność, poczucie, że świat nie jest tylko ciągłym wirującym chaosem.

        I właśnie wtedy, wśród cieni wysokich sosen i delikatnego, złocistego światła przesączającego się przez witraże, między szumem drzew a odległym biciem dzwonów, zaczęła się nasza historia.

        Poznałem Ulę bliżej podczas wydarzenia, które na długo wryło się w pamięć całej parafii, jak głęboka blizna w starym drewnie.

        W jednej z rodzin mieszkających na skraju lasu, wśród wysokich sosen, było kilkoro dzieci, które nigdy nie zaznały chrztu. Najmłodsza miała ledwie pięć lat, najstarszy chłopiec chodził już do piątej klasy i nosił w sobie tę dziecięcą powagę, jakby przeczuwał, że życie nie zawsze bywa łaskawe. Ksiądz proboszcz, z tym swoim zwykłym, nieudawanym zmysłem dla ludzkich spraw, postanowił, że nie będzie to zwykły, pośpieszny obrzęd. Zrobił z tego wspólny chrzest, prawdziwy początek dla nich i zarazem święto dla całej wspólnoty. Chciał pokazać, że w tym zakątku nikt nie zostaje sam, nawet jeśli jego historia zaczęła się inaczej niż u reszty. 

21 sierpnia 2026

Zielone jabłuszko

        1. W małym kościółku


        W małym kościółku otoczonym wysokimi sosnami świat zdawał się oddychać innym rytmem. Powietrze pachniało żywicą i wilgotną ziemią, a korony drzew szumiały nad dachem jak stare, mądre głosy, które znały wszystkie tajemnice tego zakątka. Przez kolorowe witraże sączyło się światło, miękkie i bursztynowe, które rozmywało kontury ławek, ołtarza i ludzkich sylwetek, nadając nawet najzwyklejszym gestom nieoczekiwaną głębię i powagę. Każdy powrót tutaj był jak zanurzenie się w czasie, który nagle zwalniał bieg. Codzienne troski, te małe i te większe, traciły swój ciężar, jakby sosny i kamienne ściany brały je na siebie i rozpuszczały w cichej, pachnącej żywicą ciszy.

        Proboszcz był młody, daleki od wizerunku świętego z obrazka, a właśnie przez to tak bardzo prawdziwy. Za zakrystią wypalał papierosa, mrużąc oczy przed dymem, i klął po ludzku, gdy coś szło nie tak – głośno, kolorowo, z całym bogactwem gwary, którą znał z podwórka, nie z seminarium. Nigdy nie udawał lepszego, niż był. Stał wśród ludzi jak jeden z nich, z tymi samymi bliznami, tymi samymi wątpliwościami. Pamiętam, jak pewnego razu złapał mnie mocno za ramię, jego dłoń była ciepła i szorstka od pracy, i powiedział z tym swoim półuśmiechem:

        – Wejdź no na chór i zadzwoń na mszę, bo kościelny znowu gdzieś przepadł. No, śmiało, chłopie. Dzwony nie gryzą.

        Serce mi wtedy waliło jak oszalałe, dłonie drżały na grubych, szorstkich linach, a w uszach huczała krew. Ale pociągnąłem. Raz, drugi, trzeci. Dźwięk rozlał się nad sosnami, ciężki i czysty, jakby sam kościół westchnął z ulgą. Na tej samej mszy wsunął mi w ręce koszyk na tacę i kiwnął głową w stronę nawy.

        – Przejdź między ludźmi i zbierz. Tylko się nie potknij o własne nogi.

        Szłem powoli między ławkami, czując na sobie spojrzenia. Były ciepłe, zaciekawione, czasem pełne cichej wdzięczności. W tym momencie granice między mną a nimi jakby się rozmyły. Nie byłem już tylko chłopakiem z lektora, byłem częścią czegoś większego, żywego, oddychającego. Czułem się dziwnie bliski tym ludziom, których ledwo znałem.

        Ludzie, którzy zbierali się w tej wspólnotie, tworzyli mozaikę tak różną, jak sosny różnią się od siebie wysokością i kształtem. Było małżeństwo z pokaźnym majątkiem – on prowadził własny biznes, ona dbała o dom, a razem zbudowali sobie uroczy letniskowy domek nieopodal, gdzie spędzali weekendy wśród szumu drzew.

        Był emerytowany pilot wojskowy, pan Stanisław, z którym mogłem godzinami przesiadywać na ławce przed kościołem i rozmawiać o niebie – nie tym biblijnym, lecz tym prawdziwym, pełnym chmur i turbulencji. Opowiadał o locie nad chmurami, o tym, jak ziemia kurczy się w dole do rozmiaru mapy, a serce bije spokojniej niż na ziemi. Byli też małżonkowie lekarze z mojego regionu – spokojni, kulturalni, zawsze gotowi służyć radą czy receptą, gdy ktoś potrzebował. I ten starszy, samotny człowiek, pan Józef, któremu dom spłonął doszczętnie. Wspólnota zebrała się wtedy jak jeden mąż – ręce, pieniądze, materiały, czas. Postawili mu mały, skromny domek. Nie chodziło tylko o ściany i dach. Chodziło o to, że nikt nie został sam, gdy życie runęło mu na głowę. Dawało to poczucie przynależności, głębokie i ciepłe jak objęcie starego przyjaciela.

20 sierpnia 2026

Rajstopy w łazience

         30. Dom drżał w posadach


        Wydawało się, że jest taka niedoświadczona i nieco naiwna w tym względzie, tymczasem ona okazała się być prawdziwą gwiazdą porno. Bezpruderyjna, bezwstydna i oszałamiająco piękna, potrafiła wziąć bez pytania to, co pragnie, i owinąć swojego partnera wokół najmniejszego palca. Aż dech mi zapadło, kiedy chwyciła moje opadające, ale wciąż grube prącie w swoje dłonie. Mocno chwyciła mnie u samej podstawy i zacisnęła palce tak, że zabolało. A w następnej chwili, jeszcze takiego ociekającego nasieniem, przyłożyła go do kącika swoich ust i pozwoliła białemu strumykowi spłynąć po swojej twarzy. Patrzyłem i nie mogłem uwierzyć. To nie była grzeczna dziewczyna, to nie był króliczek, którego nie wolno dotykać. To była seksbomba, prawdziwa maszyna do seksu, i jeśli coś mi nie pasowało, to mogłem się tylko modlić. Kiedy mnie tak ściskała za mojego kutasa tuż nad workiem, poczułem w sobie nową, dziką chuć, nowe przemożne pragnienie zbliżenia, teraz pełnego, głębokiego spenetrowania jej cipki, a może czegoś więcej.

        Powiem wam, że wtedy, gdy ona miała zaledwie dziewiętnaście lat, kiedy jej rodzice wyjechali na wakacje, zostawiając nas samych, wtedy, gdy lato było w pełni, zacząłem dopiero rozkwitać i poznawać samego siebie. Uświadomiłem sobie, że ja też mam w sobie dziką, nieokiełznaną żądzę, pokłady, których czasami lepiej nie odkrywać, bo mogą zmienić cię w sposób, na który nie zawsze będziesz gotowy.

        W zasadzie nie wiem, co się stało. Podniosła się i chciała wyjść. Pewnie tak. Albo to znowu była prowokacja, doskonale wyreżyserowany spektakl. Nie mam pojęcia. To stało się szybko, bardzo szybko. Tak szybko, że nim zdążyłem się zorientować w czym rzecz, było już po wszystkim. Kiedy stanęła pod ścianą tyłem do mnie, bez zastanowienia rzuciłem się na nią, a ona, zaskoczona, nawet nie protestowała. Jedną ręką chwyciłem ją pod szyją, drugą za piersi i z jednej strony mocno przycisnąłem do ściany, a z drugiej naparłem na nią od tyłu. Chwyt jak w zapasach, który nie gwarantował jej zbyt wiele swobody. Zaskoczona aż jęknęła:

        – Patryk, no co ty…

        Nie myślałem, nie zastanawiałem się. Chciałem ją mieć teraz, szybko i ostro. Zanim mi ucieknie. Zanim mój członek całkiem opadnie. Jeszcze raz. Mocno i głęboko.

        – Cicho bądź – syknąłem jej do ucha – teraz zrobimy to po mojemu.

        – Boże, Patryk, nie poznaję cię.

        Wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi. Zareagowała szybko i adekwatnie. Przodem ciała oparła się o ścianę i wypięła tyłek. Chwyciłem ją za pośladki, a w następnej chwili już w niej byłem moim twardym kutasem.

        Boże, nie wszedłem w jej cipkę, tylko w ten drugi otworek. Nawet tego nie planowałem. Kiedy zorientowałem się, że to nie to wejście, było już za późno. Porwał mnie nurt tak szybki, że zapomniałem o bożym świecie. Ale jednocześnie to było spełnienie moich marzeń. Trudno to było nazwać normalnym seksem, choć zapewne takim było. Od tyłu chwyciłem ją za ramiona pod pachami i bardzo mocno, wręcz brutalnie przycisnąłem do siebie. Czując, że penetruję jej analny otworek, popadłem w jakiś obłęd. Aldonka miała trudne zadanie: nie chciała, abym się z niej wysunął, a z drugiej strony pozycja była dla niej niewygodna. Wyprężyła się, wypięła cycki do przodu, a tyłek w moją stronę. Pchnąłem, wchodząc w nią do samego końca. Gruby kutas z trudem przebijał się przez jej ciasne, gorące zakamarki. Z głową odchyloną w stronę sufitu wydarła się na całe gardło. To był krzyk rozkoszy tak przejmującej, że aż w uszach drżało.

        To było bardzo mocne i bardzo szybkie. W ciągu kilku sekund, kilku ostrych pchnięć, obydwoje byliśmy na szczycie tak wielkim, że trudno to sobie wyobrazić. Kiedy się spuszczałem, trzymałem ją tak mocno, że straciłem czucie w rękach. Dom drżał w posadach od naszych jęków i krzyków.


KONIEC

19 sierpnia 2026

Rajstopy w łazience,

         29. Kiedy dzieło się dopełniło


        – O jejku, jejku, jaki on twardy, jaki gruby. Boże, ty zaraz tryśniesz. Chłopaku, ale jesteś podniecony – wyrzucała z siebie w słodki sposób, krzywiąc usta w lubieżnym grymasie.

        Patrzyłem na nią, a ona celowo jeszcze bardziej wcisnęła swoje cycki, doprowadzając mnie tym niemal do obłędu. Chwyciłem ją za szyję tuż poniżej głowy i przyciągnąłem bliżej do siebie. Gdybym w tej chwili się spuścił, sperma poleciałaby prosto w jej otwartą buzię, ale jeszcze to się nie stało. Dziwnym trafem cała procedura przeciągała się w czasie, tak jakbym w tej grze wygrał dodatkowe życie.

        Później stało się coś jeszcze, coś co, mimo wszystko, przyspieszyło dochodzenie do orgazmu. Stałem się bardziej śmiały i otwarty. Wcisnąłem dłoń między jej zaciśnięte balony, a ona mi na to pozwoliła. Moje zachowanie było odruchowe i dopiero po chwili zrozumiałem, po co to zrobiłem. Dotknąłem mojego twardego fiuta i tak po prostu ściągnąłem z niego napletek. No cóż, on i tak był ściągnięty, ale nie do końca. Ciągnąłem, aby cały zjechał do samego dołu, abym przy każdym najmniejszym ruchu czuł ten specyficzny ból naciągania i zrywania. Choć nie zdawałem sobie z tego sprawy, miało to nie tylko przyspieszyć orgazm, ale zwielokrotnić jego siłę.

        Spojrzała na mnie gorąco, a w jej oczach dostrzegłem nić porozumienia. Razem mieliśmy wystrzelić moje jestestwo na sam koniec Wszechświata. Zaczęła poruszać piersiami, ale nie tak normalnie, tylko gwałtownie i dziko. To były raczej szarpnięcia, które świadczyły o tym, że to jest mój ostatni marsz ku wyzwoleniu, dzikiej, nieokiełznanej rozkoszy.

        – No, no dalej – dopingowała, przeszywając mnie swoim spojrzeniem.

        Pierwszy biały strumień wystrzelił z mojego prącia w momencie, kiedy jego czubek, po raz kolejny, pokazał się poza górną krawędzią jej cycków. Był gęsty, lepki i o dziwo dość powolny. Byłem przekonany, że to będzie strzał jak z pistoletu, a tymczasem pokaz mojej siły i potencji był bardzo spokojny, ale zdecydowanie obfity i pełny. Popłynąłem wraz ze słodką, rozbrajającą rozkoszą, która ogarnęła całe moje ciało, umysł i duszę.

        Aldona zaciskała i rozluźniała swoje wielkie piersi, a ja trzymałem swojego kutasa u samej podstawy i spuszczałem się między nie – dokładnie w sam środek. Za każdym ruchem do środka, kiedy jej sprężyste balony dotykały mojego penisa, czułem nieopisaną słodką przyjemność. Po chwili gęsty, aromatyczny budyń spływał już ze wszystkich stron, a ja jeszcze nie miałem dość. Myślałem sobie: o Boże, właśnie się spuściłeś na jej cycki, na te cycki, o których od tak dawna marzyłeś. Chłopie, co ty zrobiłeś? Moja rozkosz nie brała się tylko z samego orgazmu, ale też ze świadomości, co, w jaki sposób i z kim robię. Gdyby nie to, wszystko byłoby bardziej płytkie.

        Kiedy to już się stało, kiedy dzieło się dopełniło, a moje wielkie, zmęczone narzędzie zawisło tuż koło jej twarzy, powoli tracąc sprężystość, spojrzała na nie i już wiedziałem, że to będzie trwać jeszcze dalej. Patrzyła i coraz szybciej oddychała, chłonąc jego ciężki aromat. Chciałem, by wzięła go w usta, by wygasiła ten pożar delikatną pracą swojego zwinnego języka.

18 sierpnia 2026

Rajstopy w łazience

        28. Gorąca eksplozja


        Stałem przed nią na miękkich, drżących nogach z twardym kutasem głęboko zanurzonym między jej cyckami, a ona, klęcząc, uśmiechała się z taką pewnością siebie, jakby każdy szczegół tej historii był jej znany od dawna. Po chwili ze swoich ust wypuściła olbrzymią ilość śliny, która spłynęła obficie między jej piersi, sprawiając, że teraz czułem nie tylko ciepło i miażdżące ściskanie, ale także cudowną, śliską wilgoć. Czułem, że włosy na mojej głowie stają dęba.

        – No, dawaj Patryk, do boju, żołnierzu – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy.

        Bałem się, że jeżeli poruszę się choć trochę, od razu się spuszczę i będzie po wszystkim. Nie chciałem tego. Nie chciałem się przed nią skompromitować, choć w tej sytuacji trudno powiedzieć, co mogłoby być prawdziwą kompromitacją. Ale ona patrzyła na mnie kontrolującym wzrokiem i miałem wrażenie, że oczekuje ode mnie, że stanę jednak na wysokości zadania i zrobię to, co do mnie należy.

        Jeszcze kilka razy, niby przypadkiem, niby niedbale poruszyła swoimi cyckami. Wszystko po to, by rozprowadzić ślinę, by ta nie spadła na podłogę. Jej wielkie balony lśniły teraz w świetle wpadającym przez okno łazienki i wyglądały jakby były nasmarowane kremem albo lubrykantem. Mój penis pulsował coraz mocniej, szarpał się coraz bardziej natarczywie, domagając się prawdziwej, mocnej i szybkiej akcji. Wiedziałem, że pozostawanie biernym w tej sytuacji i tak nic nie da, że sam uścisk i wilgoć sprawi, że dojdę do finału szybciej, niż mi się wydaje. Dlatego drżąc i patrząc jej prosto w oczy, podjąłem akcję. Zacząłem poruszać biodrami do przodu i do tyłu. Najpierw bardzo powoli i ostrożnie, tak jakbym rzeczywiście za chwilę miał się spuścić. W jej spojrzeniu zobaczyłem aprobatę i zachętę. Poczułem, że niezależnie od tego, co się stanie, i tak warto się zabawić, że nie ma się czego obawiać, że to moje wyjątkowe i pierwsze doświadczenia, których nie ma się co wstydzić.

        To było jak magia, jak czarodziejski pokaz. W pewnym momencie czubkiem mojego twardego kutasa dotknąłem jej ust. Dziwne uczucie, muśnięcie zaledwie, jakby motyl tam usiadł. I zaskoczenie, że to tak po prostu. Nie wystraszyła się. Odruchowo otworzyła buzię, jakby chciała mnie pochłonąć. I znów na plecach ten gorący dreszcz. I ta myśl: to jest seks, głuptasie. Tak to się właściwie odbywa. Bzykanie tak wygląda. Fajne, nie.

        Dalej. Kolejny ruch w dół i kolejny do góry. Tym razem wyżej. Wiedziałem, że to jest mój dzień. Dłużej tam pozostałem. A ona szybko wysunęła swój język i dotknęła mnie w to niezwykle wrażliwe miejsce w obłędny wprost sposób. Od grubej żyły oplatającej twardy łeb, do otwartej dziurki. Mokry, gorący dotyk i rozkosz, która rozlała się po całym ciele, i jej wydobywający się z mojego gardła. Ta chwila była bajkowa.

        To było więcej, niż mogłem oczekiwać, więcej, niż mogłem chcieć. Coraz trudniej było mi utrzymać się na nogach. Chwiałem się na wszystkie strony jak drzewo na silnym wietrze. Czułem, że gorąco zalewa całe moje ciało, że rozkosz wlewa się we mnie coraz głębiej i intensywniej, ale to był dopiero początek tej niesamowitej zabawy. Moja przyjaciółka przejęła inicjatywę, chwyciła się mocniej za swoje pełne piersi i odsunęła się nieco od moich nóg. A później, zaciskając te wielkie, gorące balony na moim twardym kutasie, zaczęła poruszać się na boki i wykonywać powolne półobroty, jakby nie mogła się zdecydować, czy chce okręcić śrubę, czy zakręcić nią z prawdziwym impetem. Penis w całości schował się między jej balonami, a twarda głowica, niemal z bólem, ocierała się o ich śliskie, napięte ścianki, wywołując w moim ciele szybko następujące po sobie fale rozkoszy. Skurcze mojego podbrzusza były teraz widoczne gołym okiem i nie trzeba było specjalisty, by dojść do wniosku, że za chwilę nastąpi kolejna słodka i gorąca eksplozja.

17 sierpnia 2026

Rajstopy w łazience

         27. Trysnąć między moje cycusie


        Aldona bez najmniejszego skrępowania trzymała go w swojej buzi jak smoczek. Doskonale wiedziała, jak się z nim obchodzić. Delikatnie ssała, tworząc niewielkie, ale wystarczające podciśnienie. Jednocześnie poruszała od spodu językiem, wywołując we mnie falę nowych, słodkich i gorących doznań. Na dodatek cały czas przeszywała mnie swoimi czarnymi, dużymi oczami, jakby chciała powiedzieć, że to wszystko jest tylko dla mnie.

        Kiedy mój penis stwardniał dostatecznie mocno i zaczął powiększać swoje rozmiary, przesunęła się bliżej, chwyciła go mocniej u samej podstawy, a jednocześnie, niby przy okazji, zaczęła pieścić moje jądra delikatnymi, lecz pewnymi ruchami palców. Mój oddech się przyspieszył, a serce zaczęło wpadać w szybszy, choć bardziej chaotyczny rytm. Czułem, że już wkrótce moje ciało poczuje nową falę rozkoszy.

        Dopiero po tym wszystkim nastąpił właściwy seks między cycki. To, co było do tej pory, było jedynie wprowadzeniem i przygotowaniem. To było preludium do prawdziwego koncertu. A to, co się stało po chwili, było prawdziwym mistrzostwem w jej wykonaniu. To był triumf zwycięstwa mojej pani, mojej słodkiej kochanki. Zresztą wystarczyło tylko spojrzeć na jej minę. Na jej podnieconej twarzy malował się wyraz zwycięstwa i panowania nad mężczyzną, który na drżących nogach stał przed nią, a jego członek wylądował między jej ogromnymi i gorącymi piersiami.

        Rozsunąłem nogi szeroko, by mogła się wsunąć między nie. Odchylając górną część ciała do tyłu, wypięła swój wielki biust w moją stronę, aby lepiej mnie pochłonąć. Mój kutas, choć wydawał się duży, i tak o nim myślałem, między jej wielkimi balonami zniknął prawie całkowicie. Widać było tylko samą końcówkę, sam czubek, który w tym porównaniu wydawał się mikroskopijny. Z jednej strony przeraziło mnie to, a z drugiej zachwyciło. Ale nie to było w tym wszystkim najważniejsze. Ten wygląd, choć niezwykły, nie mógł konkurować z uczuciem, jakiego doznawałem. To mocne, gorące, choć niezwykle subtelne uczucie ściskania na całej jego długości było trudne do opisania. Te wielkie brodawki, które tak bardzo mnie podniecały, teraz stały się jeszcze większe, a przez to ściskanie zniekształciły się do nieregularnych elips i wybarwiły jeszcze bardziej. Teraz miały kolor brązowo-bordowy. Sztywne i grube sutki powiększyły się jeszcze bardziej, a patrzenie na nie było niezwykłą przyjemnością.

        Obejmowała swoje cycki z dwóch stron i ściskała ile sił na moim kutasie, który znajdował się w samym środku. Dodatkowo tym swoim wielkim biustem bez przerwy drażniła moje podbrzusze, a tułowiem rozgniatała napęczniałe jądra. Mój penis był już w pełnej gotowości. Twardy i gruby jak nigdy wcześniej. Dziurka na jego wierzchołku otworzyła się i zaczęła pracować, jakby za chwilę miało wytrysnąć z niej gorące nasienie.

        Powiem wam coś jeszcze, coś czym może niewielu chłopaków się chwali. Najcudowniejsze w tym wszystkim było to wrażenie słodkiej, wszechogarniającej bezradności i całkowitego poddania się kobiecie. Ona nie pytała, czy chcę. Ona brała. Brała mnie całą sobą, bo doskonale wiedziała, że pragnę tego bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. To było głębokie, niemal mistyczne przekonanie, że jestem w całości jej, że oddaję jej każdą komórkę swojego ciała, całe swoje istnienie, że teraz to ona ma nade mną absolutną władzę, a ja jestem z tego powodu niebotycznie, upojnie szczęśliwy. Czułem się jak niewolnik oddający się w ręce królowej, która zna wszystkie moje tajemnice i wszystkie moje najskrytsze żądze.

        – I jak, słodziaku, dobrze ci teraz? No co, chcesz trysnąć między moje cycusie? Chcesz oblać je swoją gorącą, gęstą spermą? – jęknęła gardłowo, a przez całe moje ciało przebiegł słodki, elektryzujący dreszcz, który zwiastował szybko zbliżający się kolejny orgazm.

16 sierpnia 2026

Rajstopy w łazience

         26. W środku jej słodkiej buzi


        Czas znów się zatrzymał. Każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność, a ja myślałem, że pozdrawiam zmysły. Uczucie było niewiarygodne, po prostu ocean rozkoszy, tak wiele i tak intensywnie napływającej do mojego mózgu i ciała, że nie byłem w stanie w tak krótkim czasie jej znieść. Jednak nie byłem też w stanie się wycofać. Byłem w słodkim, niebiańskim klinczu, umierałem z rozkoszy.

        Stało się. Pulsacja mojego członka skończyła się obfitym gęstym i aromatycznym wytryskiem prosto między jej zaciśnięte palce. Nawet teraz nie zwalniała uścisku, a gorąca sperma pod ciśnieniem wydostawała się ze szczelin między palcami. Gdyby nie ten chwyt, prawdopodobnie pobrudził bym sufit.

        Dopiero, kiedy ciśnienie w moich jądrach nieco opadło, delikatnie rozluźniła dłoń. Jej palce i nadgarstek lśniły od gęstego ciepłego nasienia. Spływało ono także po moim trzonie w zarost u jego podstawy. A ona, chcąc dać mi jeszcze ostatnią porcję rozkoszy, znów chwyciła mnie w połowie długości i niespiesznie łagodnym falistym ruchem zaczęła prowadzić mnie w najsłodsze zakamarki mojego pożądania.

        Szarpałem się w konwulsjach niewyobrażalnej rozkoszy. Moje ciało prężyło się i rozluźniało w rytm szybko następujących po sobie kolejnych szarpnięć. Usłyszałem tylko jej słodki przejmujący śmiech i poczułem jak gładzi delikatnie mojego bardzo wrażliwego i zmęczonego członka.

        – O Boże Patryk, ale żeś się spuścił, – westchnęła ciepło, a w jej głosie wyczułem przejęcie.

        Kiedy po jakimś czasie klęczeliśmy naprzeciw siebie, a zimna, twarda posadzka tworzyła ostrym kontrastem do żaru, jaki wciąż pulsował między naszymi ciałami, Aldona uniosła wzrok i spojrzała mi głęboko w oczy. W jej spojrzeniu kryło się przejmujące, niemal drapieżne pożądanie, mieszanka niezaspokojonego głodu i niebywałej ciekawości. Była w nim otwartość na wszelkie zakazane przyjemności, gotowość do eksperymentowania i oddawania się nowym, jeszcze nie odkrytym doznaniom. Kiedy wsunęła palec między wargi i zagryzła go delikatnie, z tą niewinną, a jednocześnie diabelsko kuszącą miną, wiedziałem, że w jej głowie rodzi się właśnie nowy, szalony pomysł.

        – Patryk… – zaczęła miękko, przeciągając moje imię jak pieszczotę.

        – No co? – odpowiedziałem trochę niepewnie, czując, jak serce przyspiesza.

        – Masz dosyć? – spytała, a w jej głosie zabrzmiała prowokująca nuta.

        Spojrzałem na nią podejrzanie.

        – Nie. No coś ty. A co kombinujesz?

        Znów zrobiła słodką minę. Coś się za tym kryło.

        – A nic, tylko…

        – Co tylko?

        – Zastanawiam się, czy nie zechciałbyś… No wiesz… – przeciągała słowa z rozkoszną nieśmiałością.

        – Aldona, nie każ mi się domyślać. Powiedz, co chodzi ci po głowie.

        Chwila ciszy, a później:

        – Ach, bo ja nie wiem, czy to wypada, tak pytać wprost.

        – No pytaj.

        To był jej moment. Triumf.

        – No dobra. Chcesz zrobić to między moje cycki?

        Nie wierzyłem.

        – Jezu, dziewczyno! Czemu pytasz? No pewnie, że tak.

        Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać. W następnej chwili stałem przed nią boso na chłodnej posadzce, bez spodni i bez slipów, jedynie w ciemnym T-shircie, a ona klęczała u moich stóp, unosiła lekko swoją twarz i robiła słodką, rozbrajającą minę. Zanosiło się na kolejną gorącą rundę tego szalonego seksu.

        Mój brudny, powiedzmy sobie szczerze, śmierdzący kutas opadł nieco, ale nie zwiotczał całkowicie. Wciąż trzymał turgor, który nadawał mu dość potężny kształt. Miałem świadomość, że już za chwilę to brudne urządzenie znajdzie się w jej gorących ustach.

        Tak też się stało. W następnej sekundzie dość miękka głowica wylądowała w środku jej słodkiej buzi i czułem, że wkrótce powróci do swojego pierwotnego kształtu i twardości.

15 sierpnia 2026

Rajstopy w łazience

         25. Na wierzchołek penisa


        Doskonała praca. Robiła to wszystko w absolutnej ciszy, przy akompaniamencie naszych przyspieszonych oddechów i szybko bijących serc. Wrażenie było piorunujące. To był huragan. Porwało nas tornado namiętności tak silne, że pomknęliśmy poprzez przestworza naszych namiętności i pragnień niczym promień światła. Po raz pierwszy doświadczałem tak różnych, tak subtelnych i tak bardzo przejmujących doznań, że później nie potrafiłem ich nazwać.

        Poruszała się. Unosiła się i opadała bardzo powoli, uważnie przesuwając się raz do przodu, raz do tyłu, dając mi szansę spenetrowania jej wnętrza niezwykle dokładnie. Byłem tak zaskoczony, że moje ręce leżały swobodnie na podłodze i nawet nie próbowałem jej nimi dotykać. Po prostu brałem to, co mi dawała.

        Musiała mi się przyglądać, bo po chwili, podnieconym, lekko drżącym głosem, się odezwała:

        – Boże, Patryk… jaki ty jesteś podniecony. Twój penis jest taki wielki i twardy. Nie wytrzymam, zaraz cię zjem, chłopaku. Zwariuję przez ciebie.

        Jej słowa, takie gorące, sprawiły, że krew w moich żyłach zawrzała. Chciała mnie, pragnęła mnie każdą swoją komórką, a ja byłem jak kamerton odbierający i wzmacniający jej odczucia.

        Po chwili stała się rzecz, której mogłem się spodziewać, a która i tak mnie zaskoczyła. Nie unosząc nawet na moment swojej rozpalonej, ociekającej sokami cipki z mojej twarzy, opadła płynnie do przodu i ułożyła się całym ciałem na moim torsie. Poczułem jej przyjemny, kobiecy ciężar, który przycisnął mnie mocniej do zimnych płytek, oraz cudowny nacisk jej pełnych, ciężkich piersi na mój brzuch. Chwilę później zdałem sobie sprawę, że jej smukłe palce zacisnęły się wokół mojej męskości w połowie długości, obejmując ją władczo, a następnie wykonały pierwszy, powolny ruch w kierunku nabrzmiałej, pulsującej głowicy.

        Połączenie tych wszystkich wrażeń w jeden wspólny bukiet tworzyło niewiarygodny efekt w postaci jeszcze większej i twardszej erekcji. Czułem zaciskającą się dłoń na moim penisie, czułem jej miękkie i gorące piersi na moim brzuchu, a jej mokra i pachnąca rozkoszą cipka rozgniatała się na mojej twarzy.

        Kiedy nieprzytomnie pchnąłem głowę do góry, jeszcze mocniej wciskając się w jej rozgrzane krocze, kiedy mój spragniony język zaczął pracować na wszystkie strony niczym mały wiatraczek, poczułem jak całe jej ciało napręża się nade mną, a kręgosłup wygina w przeciwną stronę.

Na chwilę oderwała piersi od mojego brzucha a z jej gardła wydobył się przeciągły jęk, oznaczający, że trafiłem we właściwy punkt.

        Nie pozostawała bierna. Odpowiadała z taką samą intensywnością. Znała mnie na wylot. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego czego pragnę, co lubię, czego potrzebuję w tej chwili. Była świadoma tego, jak bardzo jestem podniecony i jak niewiele brakuje mi to kolejnego wytrysku. Jej dłoń była elastyczna, wilgotna i gorąca. W tej chwili przypominała raczej cipkę niż zaciskające się palce. Być może była to tylko moja subiektywna interpretacja następujących po sobie wydarzeń, ale czułem, że za chwilę znów polecę w kosmos.

        W pewnej chwili przesunęła swoją dłoń na sam wierzchołek mojego penisa i zacisnęła ją mocno na bardzo wrażliwym czubku. Gdyby moje usta nie były w tej chwili zajęte czymś o wiele bardziej słodkim i zakazanym, jęknąłbym przeciągle i głośno, aż ściany łazienki zadrżałyby od mojego zwierzęcego ryku. Zamiast tego, jak szaleniec rzuciłem się na jej cipkę. W jednej chwili poczułem, że robi mi się bardzo gorąco, że w podbrzuszu zbiera się słodkie gorące przejmujące promieniowanie, a moje uda i pośladki zaciskają się odruchowo, przygotowując do kolejnego wystrzału.

        Musiała to czuć. Musiała czuć, że mój penis zaczyna coraz mocniej pulsować. Mimo to, a może właśnie dlatego, jeszcze mocniej zacisnęła swoje palce i nie puszczała.

14 sierpnia 2026

Rajstopy w łazience

         24. Aksamitne wnętrze


        Zastanawialiście się pewnie, co wydarzyło się później. Czy ten niekończący się taniec pożądania trwał w nieskończoność, czy też los postanowił przyspieszyć bieg wydarzeń i rzucić nas w wir czegoś o wiele bardziej pierwotnego. Otóż powiem wam coś, co wielu zaskoczy, choć ci, którzy znają mnie lepiej, zapewne już wyczuwali nadchodzącą burzę w powietrzu. W całym tym jej powolnym, kuszącym rozbieraniu, w każdym gestie niby niewinnym, a tak rozpustnie świadomym, kryło się tyle napięcia, tyle elektryzującego głodu, że wystarczyła jedna iskra, by całe nasze opanowanie rozsypało się w proch. I wybuchło. Nie był to jednak zwykły pożar. To była prawdziwa eksplozja, gwałtowna i bezlitosna erupcja pożądania tak intensywnego, tak palącego i słodkiego zarazem, że w jednej chwili odebrało nam resztki rozsądku i całkowicie oderwało od rzeczywistości. Nie potrafię nawet dokładnie powiedzieć, jak do tego doszło. Wiem tylko, że w pewnym momencie leżałem na zimnej posadzce łazienki, a ona siedziała na mojej twarzy.

        Przyznam szczerze, że w tamtej chwili nigdy nie spodziewałbym się takiego obrotu spraw. Nawet biorąc pod uwagę żar, jaki bił z jej oczu, nawet pamiętając, jak bardzo tego pragnęła, byłem przekonany, że to ja przejmę inicjatywę. Że to ja ją pochłonę, że to moje dłonie i usta poprowadzą ten spektakl, wykorzystując cały wachlarz moich umiejętności i doświadczenia. Tymczasem stało się zupełnie inaczej. To ona mnie posiadła. Posiadła tak całkowicie, tak bezwzględnie i władczo, że świat zawirował mi przed oczami, a ja sam straciłem wszelką kontrolę. Zawładnęła mną w sposób, który sprawił, że zabrakło mi tchu, że każdy oddech stał się przywilejem, o który musiałem walczyć.

        Spryciara jedna. Usiadła mi na twarzy. Tyłem. Mój nos zagłębił się między jej jędrnymi, aksamitnymi pośladkami, a usta natychmiast zatonęły w gorącej, wilgotnej szczelinie jej cipki. Boże, co to było za uczucie! Ten ciężki, oszałamiający zapach kobiecej podnieconej cipki, ten słony, słodki smak jej soków spływających mi po języku, to gorąco bijące prosto z jej wnętrza. Umierałem z rozkoszy. W tej chwili niczego więcej do szczęścia nie było mi już potrzeba, bo brała mnie najpiękniejsza dziewczyna na świecie, dosiadała mnie w tak perwersyjny, bezwstydny sposób, że każda komórka mojego ciała śpiewała z ekstazy.

        No dobra, ale przejdźmy do sedna tej oszałamiającej chwili.

        Łazienka była przestronna, niemal królewska w swoich proporcjach, co tylko potęgowało wrażenie całkowitego oddania się zmysłom. Leżałem na chłodnych płytkach podłogi w samym tylko T-shircie, który ledwo zakrywał środek mojego brzucha. Spodnie, slipy, skarpety i buty gdzieś się rozpłynęły w ferworze poprzedzających wydarzeń, jakby rzeczywistość sama postanowiła pozbyć się wszelkich zbędnych barier. Koszulka podwinęła się bezwstydnie, odsłaniając napięty tors, a mój wielki, nabrzmiały kutas sterczał dumnie ku górze, pulsując gorącem i życiem, nabrzmiały żyłami, lśniący od pierwszych kropel podniecenia, gotowy niczym rakieta tuż przed startem, domagający się spełnienia z niemal bolesną intensywnością.

        Ta cudowna brunetka miała niesamowite wyczucie. Była precyzyjna niczym skalpel w rękach mistrza chirurgii, ale o wiele bardziej zmysłowa i okrutnie kusząca. Nie dusiła mnie ciężarem swojej cipki, jak czyniły to inne dziewczyny w podobnych sytuacjach, nie zaciskała ud wokół mojej głowy w desperackim uścisku. Zamiast tego pozwalała mi oddychać, kontrolowała każdy milimetr ruchu, a mimo to mój język zanurzał się w niej niezwykle głęboko, penetrował gorące, aksamitne wnętrze, smakując każdy zakamarek jej wilgotnej, pulsującej cipki.

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...