Szukaj na tym blogu

2025-08-18

Niewinna prowokacja

9. Mam cię, Andrzeju!


Z jednej strony czułem narastające skrępowanie. Stałem przed Emilką – młodą, dopiero co wkraczającą w dorosłość dziewczyną, której figlarna, przewrotna osobowość i zniewalająco kształtne ciało działały na mnie jak magnes. Jej spojrzenie, niby przypadkowe, a jednak celne, obnażało każdą moją niepewność, każdą słabość, którą tak desperacko chciałem ukryć. Z drugiej strony, gdzieś w głębi mnie budził się demon – pierwotna, nieokiełznana siła, której nie potrafiłem nazwać ani poskromić. Coś, co kazało mi rzucić się w tę grę, wejść w nią na całego, rozpalić siebie i ją, niezależnie od tego, kto wyjdzie z tego zwycięsko.

Chciałem jej pokazać, że nie jestem tylko statecznym panem w średnim wieku, grzecznym i przewidywalnym. W głębi duszy czaił się ktoś inny – zepsuty, niepohamowany, gotów zignorować jej niewinność i przekorne gierki. Pragnąłem, by zobaczyła we mnie nie tylko obserwatora, ale gracza, który nie boi się przekroczyć granic. W tej chwili, pod palącym słońcem, z potem spływającym po karku i sercem bijącym jak młot, czułem, że ta decyzja – zdjąć spodnie czy nie – jest czymś więcej niż gestem. To była deklaracja, krok w stronę przepaści, której krawędź widziałem coraz wyraźniej. Emilka, wsparta o krawędź basenu, z mokrymi włosami i tym nieodgadnionym półuśmiechem, zdawała się czekać na mój ruch, jakby doskonale wiedziała, że każdy mój wybór tylko bardziej mnie w nią wplątuje.

Zdjąłem wreszcie dolną część garderoby, a mokre od potu ubranie z cichym plaśnięciem wylądowało na chodniku obok mnie. Poczułem ulgę, jakby ostatnia bariera między mną a nią zniknęła – została tylko ta dwumetrowa przestrzeń, dwa kroki, które można pokonać w mgnieniu oka. A ona? Była jak anioł i diabeł w jednej osobie, psotny skrzat o figlarnym spojrzeniu, a zarazem tak niewiarygodnie urocza w swojej prostocie, że zapierała dech. Jej obecność miała w sobie coś magnetycznego, coś, co przyciągało i nie pozwalało odwrócić wzroku.

Wtem odwróciła się – szybko, niespodziewanie, jakby wyczuła moje spojrzenie, jakby chciała złapać mnie na gorącym uczynku. Nie miałem szans uciec ani zareagować. Siedziała po szyję w wodzie, która wciąż falowała w rytmie jej delikatnych ruchów. Przechyliła głowę – trochę do tyłu, trochę na bok – a na jej twarzy rozkwitła kompozycja uczuć, której nie widziałem nigdy wcześniej i u nikogo innego. Mokre włosy opadały na ramiona, przylegając do skóry, a krople wody lśniły w słońcu jak maleńkie diamenty. Jej półotwarte usta, zęby błyszczące w szczerym, niemal zadziornym uśmiechu, zmrużone powieki, mały zadarty nosek i te urocze rumieńce na policzkach – wszystko to tworzyło obraz, który zdawał się mówić: „Mam cię, Andrzeju! Oj, mam cię!”.

Patrzyła na mnie z beztroską lekkością, niby niewinnie, a jednak z gorącem, które przeszywało na wskroś. Jej spojrzenie, pełne życia i figlarnej pewności siebie, było jak wyzwanie: „No i po co to wszystko było? Po co tak się opierałeś?”. W tej jednej chwili jej twarz stała się kwintesencją wszystkiego, o czym kiedykolwiek marzyłem – obietnicą przygody, ciepła i czegoś, co wykraczało poza słowa. Woda wokół niej mieniła się w słońcu, a ja stałem jak zaczarowany, niezdolny oderwać od niej wzroku, czując, że ten moment zostanie ze mną na zawsze.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czerwona rybka

52. Pędziłem do met y Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała ...