59. Silikon połyskiwał matowo
Została oszołomiona – sama. Serce waliło jak oszalałe, cipka pulsowała niemiłosiernie, nogi uginały się pod nią jak z waty.
„Boże, co się ze mną dzieje?” – pomyślała z mieszaniną niepokoju i dziwnego, rozkosznego lęku.
Każde uderzenie serca rozchodziło się echem w podbrzuszu, tam gdzie wilgoć rozlewała się coraz szerzej – gorąca, natarczywa, jakby ciało postanowiło samo sobie przypomnieć o głodzie, który przez lata trzymała na uwięzi. Myślała: „Kim on jest? Dlaczego nagle tak bardzo chcę seksu… ostrego, bezwzględnego, wypełniającego mnie całego?”. Słowa wirowały w głowie jak czarne płatki śniegu, osiadając na języku smakiem soli, pragnienia i czegoś metalicznego, zakazanego. Wyobrażała sobie obce dłonie zaciskające się na jej biodrach, palce wbijające się w miękkie ciało, ciężar nieznanego mężczyzny wdzierający się w nią z taką siłą, że imię, które nosiła, przestałoby mieć jakiekolwiek znaczenie.
Kilka przystanków przed swoim celem wysiadła bez namysłu.
Drzwi autobusu zamknęły się za nią z cichym, metalicznym westchnieniem. Wieczorny wiatr natychmiast owionął rozpaloną skórę – chłodny, wilgotny, pachnący mokrym asfaltem i odległym ozonem burzy. Serce wciąż biło szybko, uda ślizgały się o siebie przy każdym kroku; koronka majtek ocierała się o nabrzmiałe, wrażliwe wargi sromowe, wysyłając drobne, palące impulsy wzdłuż kręgosłupa. Materiał był już zupełnie przemoczony, lepił się do skóry jak druga, grzeszna powłoka, której nie mogła – i nie chciała – z siebie zedrzeć.
Skręciła w boczną uliczkę. Tam, w cieniu wysokich kamienic, mrugał mały, dyskretny lokal z czarnymi szybami i leniwie pulsującym czerwonym neonem „Secret Pleasure”.
Czerwone światło neonu ślizgało się po mokrym bruku jak świeża krew na czarnym aksamicie. Drzwi ustąpiły niemal bezdotykowo – cichy brzęk dzwonka, a potem fala zapachu: lateks, wanilia, oud i coś słodko-grzesznego, jakby ktoś właśnie zapalił kadzidło utkane z esencji czystego pożądania. W środku półmrok gęstniał jak syrop; czarne aksamitne ściany pochłaniały dźwięki, zostawiając tylko odległe, basowe dudnienie muzyki i przyspieszone oddechy ludzi rozmywających się w cieniu.
Za ladą stała młoda brunetka, roznegliżowana do granic – czarne stringi i koronkowy stanik, przez który ciemne sutki przebijały się jak dojrzałe jagody. Uśmiechała się figlarnie, biodra kołyszące się lekko w rytmie niewidzialnej melodii. Skóra lśniła oliwkowo w purpurowym świetle kinkietów, piersi unosiły się i opadały w powolnym, hipnotycznym oddechu. Długie, czarne paznokcie przesuwały się po blacie z leniwą gracją drapieżnika, który wie, że ofiara już przyszła sama.
Daniela zatrzymała się naprzeciwko dużego, wielofunkcyjnego wibratora – czarnego, grubego, z rotacją, pulsacją, ogrzewaniem, wypustkami i pilotem. Silikon połyskiwał matowo, niemal obscenicznie; wypustki na trzonie przypominały splot żył, głowica rozszerzała się w kształt stworzony do powolnego, nieubłaganego rozciągania i wypełniania po brzegi. Obok leżał pilot – mały, czarny, z czerwonymi diodami – obietnica władzy i jednocześnie jej całkowitej utraty.
Brunetka spojrzała na nią z cichym, zmysłowym uśmiechem.
– Doskonały wybór, proszę pani. Bardzo mocny. Idealny na samotne wieczory… albo na początek czegoś większego. Zapakować?
Głos spływał jak ciemny miód, lepki i ciepły; w tonie czaiła się wiedza, jakby znała każdy sekretny skurcz, który właśnie przebiegał przez ciało Danieli. Ta kiwnęła głową – głos uwiązł jej w gardle, ale decyzja była już nieodwołalna. Palce brunetki musnęły pudełko, pakując je z ceremonialną powagą; każdy szelest folii brzmiał jak szept zgody na upadek.
Kupiła jeszcze lubrykant na bazie wody – duże opakowanie, zapach neutralny – i mniejszy wibrator analny: czarny, z wibracją i delikatnymi wypustkami, „dla odważnych pań”. Opakowanie lubrykantu chłodziło dłoń ciężarem obietnicy; wyobrażała sobie, jak gęsta, śliska ciecz rozprowadza się po palcach, po skórze, po wibrujących zabawkach, otwierając drogi tam, gdzie dotąd panował tylko wstydliwy opór. Mniejszy wibrator leżał w jej dłoni jak klucz do nowej, zakazanej granicy – wąski u nasady, rozszerzający się ku końcowi, z wypustkami stworzonymi, by drażnić i rozciągać jednocześnie.
Brunetka dodała z figlarnym uśmiechem:
– Jeśli pani chce, mamy też zestaw z opaską na oczy i kajdankami… na wieczór, kiedy będzie pani sama… albo nie całkiem sama.
Opaska z czarnego jedwabiu lśniła w świetle jak smoła; kajdanki – skórzane, podszyte pluszem, z metalowymi klamrami – pachniały nowością i lekkim, dawnym potem poprzednich użytkowniczek. Daniela wzięła wszystko. Płaciła drżącą ręką, czuła się jednocześnie winna i podniecona jak nastolatka, która właśnie odkryła, że grzech może smakować jak wolność. Banknoty wychodziły z portfela wilgotne od potu jej palców; każde muśnięcie dłoni kasjerki, każdy gest podania torby wydawał się przedłużeniem tego samego prądu, który rozpalił ją w autobusie. Serce dudniło w uszach, cipka zaciskała się rytmicznie na pustce, domagając się czegokolwiek, co mogłoby ją wypełnić.
W monopolowym kupiła butelkę dobrego Cabernet Sauvignon – ciężkie, owocowe, idealnie na wieczór rozpusty.
Szkło butelki było zimne, ciemne, pokryte drobnymi kropelkami kondensacji. Etykieta szkarłatno-czarna, litery wytłoczone złotem. W środku płyn wirował gęsto, pachniał czarną porzeczką, dojrzałą wiśnią, skórą, tytoniem i czymś krwistym, pierwotnym. Daniela przycisnęła butelkę do piersi, czując chłód szkła przez cienki materiał sukienki – kontrast z rozpalonymi sutkami niemal bolał. Wyobrażała sobie, jak wino spływa jej po brodzie, po dekolcie, jak czerwone strużki mieszają się z potem i wilgocią między udami, malując na skórze mapę nocy, która dopiero się zaczyna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz