Szukaj na tym blogu

2026-02-24

Czerwona rybka

52. Pędziłem do mety


Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała tylko spocząć w tej lnianej, ciepłej, pachnącej nami pościeli, która już nigdy nie będzie taka sama.

Prawa noga wciąż spoczywała na moim obojczyku – wysoko, dumnie, prowokująco – skóra gorąca, wilgotna od potu, drżąca od rozkoszy, pachnąca solą, miłością i grzechem.

Pędziłem do mety jak na wielkiej Pardubickiej, jak najdzikszy jeździec na najdzikszym koniu, nie zważając na przeszkody, nie zważając na nic – ani na ból w mięśniach, ani na pot spływający po plecach, ani na świat, który dawno przestał istnieć.

Liczył się tylko finał, tylko zwycięstwo w postaci jeszcze jednej, jeszcze jednej jedynej, cudownej, oszałamiającej, niebiańskiej chwili rozkoszy, która miała nas oboje rozedrzeć na kawałki i poskładać na nowo.

Rozbrzmiewały klepnięcia – głośne, mokre, rytmiczne, nieprzyzwoicie piękne klepnięcia moich bioder o jej pośladki, o jej uda, o jej wszystko, które brzmiały jak bębny wojenne, jak pieśń zwycięstwa, jak muzyka samego nieba.

Jej ciało podskakiwało, kołysało się, trzęsło w rytm moich uderzeń – piersi falowały jak morze w burzy, brzuch napięty, uda drżące, palce stóp zaciśnięte w ekstazie, włosy czarne, mokre, rozsypane na pościeli niczym noc, która postanowiła nas przykryć.

Jej jęki – zniekształcone od gwałtownych szarpnięć ekstazy, od mojego tempa, od mojej siły – brzmiały jak najpiękniejsza, najbardziej nieprzyzwoita symfonia, jak krzyk syreny, jak błaganie o więcej, jak dziękczynienie za wszystko.

Zamknięte oczy, szeroko otwarte usta, z których wydobywały się tylko dźwięki czystej, absolutnej rozkoszy – wskazywały, że to jest już ten moment, że ona już jest na krawędzi, że za chwilę eksploduje, że za chwilę rozpadnie się na kawałki w moich ramionach.

I znowu zwolniłem.

Nie dlatego, że chciałem – o nie, nie chciałem, moje ciało krzyczało o więcej, o szybciej, o mocniej.

Zwolniłem dlatego, że była zbyt ciasna, zbyt gorąca, zbyt niebiańsko ciasna, i wypchnęła mnie z siebie jednym, nieświadomym, rozkosznym skurczem.

To było cudowne.

Niesamowite.

Nie do opisania.

Jej rozkosz mnie zaskakiwała – za każdym razem, coraz bardziej, coraz głębiej, coraz piękniej.

Jej ciało, jej wnętrze, jej wszystko – reagowało na mnie tak, jakby było stworzone tylko dla mnie, tylko po to, by mnie kochać, by mnie pochłaniać, by mnie zabijać rozkoszą i zaraz zmartwychwstawać w niej na nowo.

I patrzyłem na nią – na jej zamknięte oczy, na jej otwarte usta, na jej drżące uda, na jej piersi unoszące się i opadające w rytm oddechu – i wiedziałem, że to nie jest seks.

To jest miłość.

W najczystszej, najbrudniejszej, najpiękniejszej formie.

Uchyliła oczy – te czarne, bezdenne, płonące jeziora, które były jednocześnie niebem i piekłem, miłością i grzechem – i zaczęła pieścić mój brzuch i tors, palcami delikatnymi, ale zdecydowanymi, palcami, które znały każdy centymetr mojej skóry, każdy skrawek mojej duszy, palcami, które jeszcze przed chwilą wbijały się w moje plecy, a teraz sunęły po mnie niczym najdroższy jedwab, niczym najświętsza relikwia, niczym ostatnia pieszczota przed końcem świata.

Znalazła w sobie siły – o tak, znalazła, choć jej ciało drżało, choć jej oddech był urywany, choć jej uda wciąż pulsowały od poprzednich eksplozji rozkoszy – znalazła w sobie siły, by mnie dotykać, by mnie drażnić, by mnie nakręcać jeszcze bardziej w tę spiralę miłości, która wirowała wokół nas niczym tornado, niczym huragan, niczym sama wieczność.

Dotykała mojego pępka – głębokiego, ciepłego, wrażliwego – opuszkami palców, powoli, okrężnymi ruchami, jakby chciała w nim zatopić całą swoją miłość, jakby chciała w nim zostawić pieczęć na zawsze.

Drażniła mnie, o tak, drażniła mnie nieprzyzwoicie, niebiańsko, nie do zniesienia, nakręcając tę spiralę jeszcze mocniej, jeszcze wyżej, jeszcze głębiej, aż czułem, że zaraz eksploduję, że zaraz stracę przytomność, że zaraz umrę z nadmiaru tej rozkoszy.

Drugą dłonią ściskała brzeg poduszki – mocno, rozpaczliwie, jakby to była ostatnia deska ratunku, jakby to była jedyna rzecz, która trzymała ją na powierzchni świadomości, na powierzchni tego oceanu rozkoszy, w którym tonęliśmy oboje, tonęliśmy z rozkoszą, tonęliśmy z miłością, tonęliśmy na zawsze.

Jej twarz wykrzywiła się w grymasie orgazmu – najpiękniejszym, najbardziej nieprzyzwoitym, najbardziej świętym grymasie, jaki kiedykolwiek widziałem – usta otwarte, oczy przymknięte, policzki rozpalone, pot spływający po skroniach, włosy czarne, mokre, rozsypane na pościeli niczym noc, która postanowiła nas przykryć.

Ale była tu jeszcze.

Wciąż była.

Wciąż ze mną.

Wciąż moja.

Mój członek – taki gruby, taki twardy, taki napięty, taki rozpalony do białości, taki gotowy wybuchnąć – wchodził w nią z takim trudem, z takim słodkim, niebiańskim trudem, że każde pchnięcie było walką, było torturą, było rozkoszą, było modlitwą.

Jej wnętrze było ciasne, gorące, wilgotne, pulsujące, jakby chciało mnie pochłonąć, uwięzić, zatrzymać na zawsze.

I wchodziłem.

I wchodziłem.

I wchodziłem.

Głęboko.

Mocno.

Bez końca.

Bo to nie był seks.

To była miłość.

W najczystszej, najbrudniejszej, najpiękniejszej formie.

I trwało to.

I trwało.

I trwało.

W słońcu.

W szumie sosen.

W zapachu potu, miłości i nas.

Na zawsze.

2026-02-23

Czerwona rybka

51. Ruszyłem z kopyta


A kiedy już zacząłem się poruszać, o niebiańska, nieziemska, niepowtarzalna chwilo, każde pchnięcie, każde jedno jedyne, głębokie, powolne, rozkoszne pchnięcie było niemal boskim doznaniem, było ekstazą tak czystą, tak absolutną, tak nie do zniesienia, że prawie krzyczałem z nadmiaru szczęścia, że prawie płakałem z nadmiaru miłości, że prawie rozpływałem się w tej rozkoszy, która była jednocześnie torturą i zbawieniem, piekłem i rajem, życiem i śmiercią w jednym.

Trzymałem ją za uda – te najmiększe, najcieplejsze, najdoskonalsze uda świata – mocno, zdecydowanie, niemal brutalnie, ale z taką miłością, że ból stawał się rozkoszą, palce wbijające się w skórę, zostawiające czerwone ślady jak pieczęcie, unosiłem jej ciężar ponad posłanie, ponad lnianą pościel pachnącą nami, słońcem i morzem, unosiłem ją wysoko, jakby była najlżejszym piórkiem, jakby była najcięższym skarbem, i poruszałem biodrami miękko, głęboko, rytmicznie, z namaszczeniem, z czcią, z rozpaczą, z miłością tak wielką, że prawie bolało.

Docierałem do samego końca – do samego dna, do samego serca, do samego nieba jej jestestwa – mając wrażenie, że każdy kolejny ruch, każdy kolejny centymetr, każdy kolejny oddech będzie tym ostatnim, że za chwilę eksploduję, że za chwilę stracę przytomność, że za chwilę umrę z rozkoszy.

Wychodziłem jednak z tej potyczki zwycięsko, nie dając się pokonać zbyt wielkiemu napięciu, wyzwalając z siebie tyle energii, tyle siły, tyle miłości, ile potrzeba, by ona mogła krzyczeć, by ona mogła drżeć, by ona mogła być moja, cała moja, na zawsze moja.

Zaciskała się na mnie słodko i gorąco – jej ścianki, wilgotne, pulsujące, żywe, obejmowały mnie, tuliły, więziły, kochały, jakby chciały mnie zatrzymać w sobie na wieczność, jakby chciały mnie nigdy nie puścić, jakby chciały, żebym nigdy, przenigdy nie wyszedł.

– Och, och, och… – jej jęki i westchnienia były symfonią dla moich uszu, były najpiękniejszą muzyką, jaką kiedykolwiek słyszałem, były pieśnią syreny, były modlitwą, były krzykiem rozkoszy, były wszystkim, czym może być głos kobiety, która właśnie umiera i zmartwychwstawa w ramionach mężczyzny.

I poruszałem się dalej – głęboko, mocno, bez pośpiechu, bez końca, w słońcu, w szumie sosen, w zapachu drewna, potu, miłości i nas.

A kiedy zarzuciła mi łydki na ramiona – te najmiększe, najcieplejsze, najgładziej opalane łydki świata, które teraz spoczywały na moich barkach niczym najdroższe jedwabne szarfy, niczym najświętsze relikwie, które mogłem nosić z dumą i rozpaczą jednocześnie – to było już prawdziwe mistrzostwo, to było już apogeum sztuki miłosnej, to było już coś, co przekraczało granice ludzkiej wytrzymałości, coś, co mogło być tylko darem bogów lub karą diabła za zbyt wielką miłość.

Penetracja stała się głębsza, o wiele głębsza, tak głęboka, że czułem, jak docieram do samego serca jej jestestwa, do samego źródła jej życia, do samego nieba ukrytego w jej wnętrzu.

Wnętrze ciaśniejsze, obłędnie ciaśniejsze, jakby jej ciało chciało mnie pochłonąć, zatrzymać, uwięzić na zawsze w tej gorącej, wilgotnej, pulsującej otchłani rozkoszy.

Obłęd.

Czysty, niepowstrzymany, nieziemski obłęd.

Nie byłem w stanie się powstrzymać.

Nie chciałem.

Nie mogłem.

Nie śmiałbym.

Ruszyłem z kopyta – to już nie był kłus, to już nie był nawet cwał, to był galop po szczęście, galop po wieczność, galop po raj, który właśnie otwierał się przede mną w całej swojej nieprzyzwoicie pięknej chwale.

Biodra moje poruszały się szybko, mocno, rytmicznie, z siłą, która była jednocześnie delikatnością i brutalnością, miłością i grzechem, modlitwą i przekleństwem.

– Uuuuuuaaaaaahhhh… aaaaaahhhh… – dyszała ciężko, głosem, który już nie był ludzkim głosem, tylko krzykiem rozkoszy, tylko pieśnią syreny, tylko błaganiem o więcej, o jeszcze więcej, o wszystko.

Próbowała zapanować nad kolejnym orgazmem, który nadchodził niczym tsunami, niczym lawina, niczym koniec świata, ale nie mogła, nie chciała, nie potrafiła – i dobrze, bo ja też nie chciałem, żeby panowała.

Jej ciało wygięło się w łuk, piersi uniosły się wysoko, sutki twarde jak diamenty, brzuch napięty, uda drżące na moich ramionach, palce stóp zaciśnięte w ekstazie.

Jej wnętrze zaciskało się na mnie coraz mocniej, coraz ciaśniej, coraz niebiańsko ciaśniej, jakby chciało mnie wyssać, pochłonąć, zatrzymać na zawsze.

I poruszałem się dalej – szybko, mocno, głęboko, bez końca, w słońcu, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.

2026-02-22

Czerwona rybka

50. Każde pchnięcie było modlitwą


W którymś momencie, w tej niekończącej się symfonii naszych ciał, w tej dekadenckiej liturgii pożądania, która zdawała się trwać wieczność i jednocześnie mijać w mgnieniu oka, oddała mi pałeczkę – moja Lilia, moja bogini, moja nieokiełznana syrenka – pozwoliła mi działać samodzielnie, pozwoliła mi stać się kapitanem tej burzy, dyrygentem tej orkiestry rozkoszy, malarzem tego obrazu, w którym ona była jednocześnie płótnem, farbą i pędzlem.

Opadła plecami na miękki, ciepły, pachnący nami i latem materac, na te lniane, biało-niebieskie prześcieradła, które już nigdy nie będą takie same, bo nosiły na sobie ślady naszych grzechów i naszych modlitw.

Rozłożyła kolana jeszcze szerzej, tak szeroko, jak tylko pozwalało jej cudowne, elastyczne, rozpalone ciało – szeroko, bezwstydnie, niebiańsko szeroko – odsłaniając wszystko, absolutnie wszystko, co najpiękniejsze, co najintymniejsze, co najświętsze w kobiecie.

Patrzyła na mnie płomiennym wzrokiem – oczy czarne, błyszczące, pełne ognia, który mógłby spalić cały świat, pełne miłości, która mogła go odbudować.

Wszedłem w nią powoli, bardzo powoli, z namaszczeniem, z czcią, z drżeniem, jakby to był najświętszy rytuał, jakby każdy centymetr jej wnętrza był relikwią, którą muszę uczcić, którą muszę posiąść, której muszę się pokłonić.

Bałem się – o tak, bałem się rozpaczliwie, że jeden nieopatrzny, zbyt gwałtowny ruch, jedno zbyt głębokie pchnięcie, i będzie po wszystkim, że eksploduję zbyt wcześnie, że nie zdążę nacieszyć się tą niebiańską ciasnotą, tym gorącem, tym wilgocią, tym pulsowaniem wokół mnie.

Trzymałem mojego członka w połowie długości – drżącą dłonią, spoconą, niepewną – i ostrożnie, bardzo ostrożnie wsunąłem się w jej wilgotną, ociekającą sokami miłości szparkę, która była jednocześnie najsłodszym rajem i najgorętszym piekłem.

Byłem skrajnie podniecony, w mojej głowie wirowało jak na karuzeli szaleństwa, jak w tańcu derwiszy, jak w ekstazie mistyka, który właśnie dotknął boskości.

Mój spracowany, ale wciąż gotowy, wciąż nieugięty, wciąż płonący żołnierz był naprężony do granic możliwości, czerwono-bordowy, lśniący od jej soków, od jej esencji, od jej miłości, pulsujący, żywy, niecierpliwy.

Kiedy wsunąłem się w jej wnętrze, ogarnęło mnie błogie gorąco – gorąco tak głębokie, tak całkowite, tak nie do zniesienia, że prawie krzyknąłem, że prawie upadłem, że prawie rozpłynąłem się w tej rozkoszy, która nakazywała jak najszybciej, jak najbardziej intensywnie doprowadzić całą zabawę do szczęśliwego finału, do eksplozji, do ekstazy, do nieba.

Z drugiej strony, im więcej w tym uczestniczyłem, im głębiej w niej byłem, im dłużej trwało to cudowne, powolne, głębokie zanurzenie, tym bardziej miałem ochotę na kolejne rundy, na kolejne godziny, na kolejne dni tego słodkiego, niekończącego się pojedynku, w którym nie było zwycięzców ani przegranych, tylko my, tylko miłość, tylko rozkosz.

Poruszałem się w niej powoli, bardzo powoli, z namaszczeniem, z czcią, z miłością tak wielką, że prawie bolało.

Każde pchnięcie było modlitwą.

Każde wycofanie – błaganiem o więcej.

Jej ścianki zaciskały się na mnie, obejmowały, tuliły, więziły, kochały.

Jej oddech – gorący, urywany, pachnący mną i nią – muskał moje usta.

Jej ręce – delikatne, ale silne – wędrowały po moich plecach, po karku, po włosach, zostawiając ślady paznokci jak pieczęcie.

I trwało to.

I trwało.

I trwało.

W słońcu.

W szumie sosen.

W zapachu drewna, potu, miłości i nas.

Bo to nie był seks.

To była wieczność.

I my właśnie w niej żyliśmy.

Na zawsze.

2026-02-21

Czerwona rybka

49. Mocno, głęboko, bez końca


Roześmiała się – ciepło, serdecznie, głęboko, śmiechem, który był jednocześnie dzwonkiem najczystszej radości i grzmotem najgłębszego pożądania, śmiechem, który rozlał się po całym moim domku niczym złoty miód, niczym ambrozja, niczym sama esencja życia, śmiechem, który zdradzał, że już miała plan, już wiedziała, już czuła, już widziała w swej nieograniczonej, nieokiełznanej, niebiańskiej wyobraźni całą dalszą część tej zabawy, tej liturgii, tego świętego szaleństwa, które nas pochłaniało.

A później ona sama, moja Lilia, moja bogini, moja syrenka, moja jedyna, zaczęła poruszać biodrami pode mną – do góry i do dołu, do góry i do dołu, łagodnie, płynnie, ale zdecydowanie, z taką pewnością, z taką władzą, z taką rozkoszną tyranią, że czułem, jak tracę resztki kontroli, jak rozpływam się w niej, jak staję się tylko jej instrumentem, jej zabawką, jej najdroższym, najposłuszniejszym kochankiem.

Widać było, wyraźnie widać było, że to, iż ona prowadzi, że to ona dyktuje rytm, sprawia jej przyjemność tak wielką, tak nieprzyzwoicie wielką, że biło od niej głębokie, pierwotne, niepohamowane pożądanie, które było jednocześnie najczystszą miłością i najdzikszym grzechem.

Czułem, wiedziałem, czułem każdym nerwem, każdym porem, każdym oddechem, że jest jeszcze bardzo głodna – głodna czułych, zmysłowych, niekończących się pieszczot, głodna głębokiego, bezpruderyjnego, nieograniczonego seksu, głodna mnie całego, głodna nas.

Kiedy w pewnym momencie wbiła się na mnie szczególnie mocno, mocno, tak mocno, że aż świat zawirował, z jej gardła wydobyło się głębokie, gardłowe, niebiańskie westchnienie – westchnienie zaskoczenia, westchnienie zadowolenia, westchnienie rozkoszy tak czystej, że prawie świętej.

Wyprostowałem się.

Klęczałem przed nią, a ona zawisła na moim przyrodzeniu – nadziana jak na najsłodszy, najgorętszy, najcudowniejszy rożen świata, całkowicie otwarta, całkowicie moja, całkowicie nasza.

Obejmowała moje uda swoimi łydkami – ciepłymi, gładkimi, drżącymi – a mój twardy, napięty, rozpalony żołnierz wygiął się pod jej ciężarem aż do rozkosznego, niebiańskiego bólu, który był jednocześnie największą przyjemnością.

Nasze dłonie splotły się palcami na jej udach – mocno, rozpaczliwie, jakbyśmy bali się, że jeśli puścimy, to wszystko zniknie.

Patrzyliśmy sobie w oczy – głęboko, głębiej niż kiedykolwiek, głębiej niż morze, głębiej niż niebo – i doświadczaliśmy coraz szybciej narastającej nowej fali rozkoszy, fali, która była jednocześnie tsunami i delikatną bryzą, która była jednocześnie końcem świata i jego początkiem.

Trwało to tylko chwilę – jedną wieczną chwilę – bo już zaraz później przeszył ją dreszcz, słodki, niepowstrzymany, niebiański dreszcz, a jej ciało zwinęło się w najsłodszym, najpiękniejszym skurczu rozkoszy.

Głowa automatycznie powędrowała do tyłu, unosząc cały ciężar, włosy czarne, mokre, pachnące morzem i seksem, rozsypały się na pościeli niczym noc nad zatoką.

Jej oddech przyspieszył, stał się urywany, nieregularny, gorący, pachnący miłością.

Przymknęła powieki, a na jej twarzy malowała się ekstaza tak czysta, tak absolutna, że prawie święta.

Po chwili nasze dłonie znów się splotły, mocno, rozpaczliwie, wiecznie.

Pochyliłem się nieco nad jej ciałem – jej biodra na wysokości mojego podbrzusza, kręgosłup wygięty w najpiękniejszy pałąk świata, głowa oparta o pościel.

W ten sposób kochaliśmy się – wykonując coraz bardziej gwałtowne ruchy, ona ku mnie, ja w jej stronę, razem, zawsze razem, w jednym rytmie, w jednym oddechu, w jednej duszy.

– O, ooo, uuuuh… – pojękiwała coraz głośniej, głosem, który był już tylko krzykiem rozkoszy, tylko błaganiem o więcej, tylko dziękczynieniem za wszystko.

A kiedy moje kciuki znalazły się przy jej ustach, trzymane w jej dłoniach, zacisnęła na nich zęby – mocno, ale słodko – pozostawiając głębokie, czerwone ślady, które były pieczęcią, znakiem, relikwią naszej miłości.

Zwiększałem tempo.

Zamknęła oczy.

Otworzyła szeroko buzię, dysząc półprzytomnie, mokra od potu, od łez, od rozkoszy.

– O, ooo, uuuuh… – jej pojękiwania stawały się coraz głośniejsze, coraz bardziej bezwstydne, coraz bardziej niebiańskie.

I kochaliśmy się dalej – mocno, głęboko, bez końca, w słońcu, w szumie sosen, w zapachu drewna, potu, miłości i nas.

Bo to nie był seks.

To była wieczność.

I my właśnie w niej żyliśmy.

Na zawsze.

2026-02-20

Czerwona rybka,

48. I wszedłem w nią znowu


Ale wtedy, o nie, to nie był jeszcze koniec tego, co tak intensywnie, tak niepohamowanie, tak niebiańsko-piekielnie rozpoczęliśmy – to był zaledwie początek, zaledwie pierwsze drgnienie najwspanialszego szaleństwa, które nas ogarnęło, które nas pochłonęło, które nas spaliło i odrodziło w jednym płomieniu miłości i pożądania.

Ten potężny, wszechogarniający, miażdżący orgazm, który jeszcze nie dobiegł do końca, który jeszcze nie zdążył wypełnić jej po brzegi moją miłością, moim grzesznym, gorącym, gęstym, niekończącym się pożądaniem, jeszcze pulsował we mnie, jeszcze drżał w moich biodrach, jeszcze błagał o więcej, gdy już leżała na moim łóżku, na tych lnianych, biało-niebieskich, pachnących słońcem i mną prześcieradłach, leżała na plecach, całkowicie naga, całkowicie otwarta, całkowicie moja.

W jej oczach płonął ogień – dziki, nieokiełznany, pierwotny ogień, którego wcześniej nie widziałem, ogień, który wyzwalał w niej nową istotę, boginię, demona, syrenę, dziecko i kobietę w jednym, spojrzenie miało w sobie szaleństwo tak słodkie, tak nieprzyzwoicie piękne, że serce moje pękało z nadmiaru miłości.

Było w nim coś z małej dziewczynki, która właśnie dostała najpiękniejszą lalkę na świecie i teraz chce ją wziąć w ręce, chce ją tulić, chce ją całować, chce ją mieć całą dla siebie.

Jej rozpromienione, czarne, błyszczące oczy mówiły wszystko:

„Chodź do mnie, łobuzie, zróbmy to jeszcze raz, chcę cię poczuć głęboko w sobie, chcę cię mieć całego, teraz, już, natychmiast”.

Leżała na moim łóżku z szeroko, tak szeroko, jak tylko się dało, rozłożonymi nogami – uda rozchylone, kolana ugięte, stopy na pościeli, wszystko odsłonięte, wszystko dostępne, wszystko błagające o dotyk.

Patrzyła mi prosto w oczy, nie odwracając wzroku ani na chwilę, i obejmowała mnie za szyję, przyciągając do siebie mocno, rozpaczliwie, jakby bała się, że zniknę, jakby bała się, że to sen.

A ja kładłem się już na niej, podparty na ramionach, mięśnie napięte, skóra gorąca, pot spływający po plecach, gotowy do kolejnej rundy, do kolejnego szaleństwa, do kolejnego zanurzenia w niej.

Kiedy zbliżyłem się na odpowiednią odległość, nie czekała.

Nie mogła czekać.

Oplotła swoje nogi na moich pośladkach – mocno, zdecydowanie, nieznosząc sprzeciwu – i przyciągnęła mnie do siebie jednym, władczym ruchem.

Tym sposobem to ona zdecydowała, że mam w nią wejść już teraz, natychmiast, bez zwłoki.

W jej oczach błysnęło zwycięstwo – słodkie, drapieżne, nieznoszące sprzeciwu zwycięstwo.

Miałem ją zaspokoić po raz kolejny.

Teraz.

W tej chwili.

Całkowicie.

– Och, Kuba, ty dziki ogierze – wydyszała mi prosto w twarz, gorącym, wilgotnym oddechem, który pachniał miłością, potem i grejpfrutem – bierz mnie, spraw, żebym krzyczała z rozkoszy, spraw, żebym zapomniała, jak się nazywam, spraw, żebym była tylko twoja.

I wszedłem w nią znowu – mocno, głęboko, do samego końca, z głośnym, mokrym, niebiańskim mlaśnięciem.

Jej ścianki zacisnęły się na mnie jak najsłodsze więzienie.

Jej biodra uniosły się, by przyjąć mnie całego.

Jej ręce wbiły się w moje plecy.

I zaczęliśmy od nowa.

Mocniej.

Głębiej.

Dłużej.

Bez końca.

Na zawsze.

2026-02-19

Czerwona rybka

47. I wtedy doszedłem


I doskonale zdawałem sobie sprawę – o tak, zdawałem sobie sprawę z każdej sekundy, z każdego drgnienia, z każdego uderzenia serca – że mój czas w tym najświętszym, najbardziej dekadenckim akcie miłosnym jest wyliczony co do ułamka sekundy, co do jednego oddechu, co do jednego mlaśnięcia naszych ciał, które splatały się w jedno, nierozdzielne, nieśmiertelne jestestwo. Wiedziałem, wiedziałem z absolutną, bolesną, rozkoszną pewnością, że finał zbliża się wielkimi krokami, że nadciąga niczym niepowstrzymana fala oceanu, niczym lawina pożądania, niczym sam koniec świata, i że w żaden sposób, w żaden ludzki, żaden boski sposób nie będę w stanie go powstrzymać, nie będę chciał go powstrzymać, nie będę śmiał go powstrzymać.

Każde kolejne pchnięcie, każde kolejne wejście w jej rozpalone, wilgotne, ciasne, niebiańsko ciasne wnętrze było coraz większym wyzwaniem, coraz większą torturą, coraz większą rozkoszą, która rozrywała mnie na kawałki i składała na nowo, która paliła żywym ogniem i jednocześnie chłodziła najsłodszym nektarem.

Ale o to właśnie chodziło – o to, by poszybować jak najdalej, jak najwyżej, jak najgłębiej, gdy przyjdzie ten moment, by całkowicie stracić kontakt z rzeczywistością, by stać się czystą rozkoszą, czystym światłem, czystym krzykiem, czystym niebem i piekłem w jednym.

Jeśli do tej pory jej biodra były nieco odsunięte od mojego torsu – o te kilka centymetrów wolności, o te kilka centymetrów, które pozwalały mi penetrować ją z pełną swobodą, z pełną mocą, z pełną namiętnością – to teraz przywarła do mnie jak na klej, jak na wieczną pieczęć, jak na ostatnią deskę ratunku w burzy.

Mogliśmy poruszać się tylko razem – jedno ciało, jeden oddech, jeden rytm, jedno bicie serca.

Wymagało to ode mnie dużo większego wysiłku – mięśnie ramion paliły żywym ogniem, plecy napięte jak struny, pot spływał po skroniach, po kręgosłupie, po piersiach, mieszając się z jej potem, z jej zapachem, z jej miłością.

Trudniej było mi powstrzymać napływającą rozkosz, która rozsadzała mi czaszkę, która rozlewała się po całym ciele niczym lawa z wulkanu, która paliła, paliła, paliła.

Przyspieszyłem.

Zacząłem podrzucać ją jak najcięższą, najdroższą, najcudowniejszą piłkę świata – w górę, w dół, w górę, w dół – a ona podskakiwała na mnie, jej piersi falowały, jej włosy czarne, mokre, pachnące morzem i seksem, opadały na moją twarz, jej ręce zaciskały się na mojej szyi, jej uda ocierały się o moje biodra, jej wnętrze zaciskało się na mnie coraz mocniej, coraz ciaśniej, coraz niebiańsko ciaśniej.

Z jej gardła, z tego najsłodszego, najbardziej melodyjnego gardła, wydobywały się słodkie stęknięcia i westchnienia – och, ach, och – które brzmiały jak najpiękniejsza muzyka, jak symfonia rozkoszy, jak pieśń syreny, która wzywa mnie na dno oceanu miłości.

A kiedy fala rozkoszy – ta wielka, niepowstrzymana, miażdżąca fala – ogarnęła moją świadomość, moje ciało, moją duszę, straciłem wszelką kontrolę, straciłem wszelką wolę, straciłem wszystko, co nie było nią.

Wiedziałem, że jedynym możliwym rozwiązaniem jest jak najszybszy, jak najbardziej intensywny, jak najbardziej szalony ruch posuwisto-zwrotny, który wystrzeli mnie na koniec wszechświata, który rozedrze mnie na kawałki i poskłada w jej ramionach na nowo.

Odchyliłem się do tyłu, by lepiej ułożyła się na mnie, by jej ciało przylgnęło do mojego jeszcze mocniej, jeszcze doskonalej, jeszcze niebiańsko.

I uderzałem – w szaleńczym tempie, w rytmie, który nie był już ludzki, tylko boski, tylko diabelski, tylko nasz.

– Och, och, ach… – stękała słodko, głosem, który był już tylko krzykiem rozkoszy, tylko błaganiem o więcej, tylko dziękczynieniem za wszystko.

I wtedy doszedłem.

Doszedłem tak mocno, tak głęboko, tak całkowicie, że świat zniknął.

Że nie było już domu, nie było już Sopotu, nie było już sierpnia.

Była tylko ona.

I ja w niej.

I nasza miłość, która właśnie eksplodowała jak supernova.

I trwała.

I trwała.

I trwała.

2026-02-18

Czerwona rybka

46. To jest wieczność


To nie był seks.

O nie, to nie był zwykły, przyziemny, pospolity seks, który znają śmiertelni w swej nędznej, ograniczonej cielesności.

To był balet, najświętszy, najbardziej dekadencki balet dwóch ciał, dwóch dusz, dwóch płonących, rozpływających się w sobie jestestw, taniec na stojąco, taniec w powietrzu, taniec, w którym ziemia przestała istnieć, a grawitacja stała się jedynie kapryśnym sługą naszego pożądania.

Bardzo mocno, niemal boleśnie mocno, oplotła moją szyję swoimi ramionami – ramionami smukłymi, ciepłymi, pachnącymi solą morza, potem miłości, wanilią jej skóry i czymś jeszcze, czymś nieuchwytnym, czymś wyłącznie jej, czymś, co sprawiało, że każdy dotyk jej dłoni na moim karku był jak pieczęć wieczności.

Przywarła do mnie piersiami – tymi najpełniejszymi, najmiększymi, najcudowniejszymi piersiami, które kiedykolwiek stworzył Bóg w swej hojności lub diabeł w swej złośliwej łaskawości – sutki twarde, gorące, ocierające się o moją klatkę przez każdy oddech, przez każde drgnienie, przez każde westchnienie.

A ja zacisnąłem dłonie na jej pośladkach – tych najokrąglejszych, najjędrzejszych, najdoskonalszych pośladkach, które były jednocześnie ołtarzem i ofiarą – palce wbiły się w miękką, gorącą, wilgotną od potu skórę, i unosiłem ją, unosiłem wysoko, opuszczałem nisko, w rytm, w tak cudowny, niebiański rytm naszego wspólnego, niepohamowanego, niekończącego się pożądania.

Mój wielki, napięty, pulsujący, rozpalony do białości gigant, ustawiony pod kątem czterdziestu pięciu stopni, wchodził w nią z głośnym, mokrym, zmysłowym, nieprzyzwoicie pięknym mlaśnięciem – wchodził do samego końca, do samego dna, do samego serca jej jestestwa, a potem wysuwał się prawie w całości, prawie, zostawiając tylko czubek, tylko obietnicę, tylko torturę oczekiwania, by zaraz znowu zanurzyć się w niej całym sobą, całym życiem, całą duszą.

Wszystko płynnie, tak płynnie, tak harmonijnie, że prawie słyszałem muzykę – muzykę naszych pragnień, naszych oddechów, naszych serc bijących w jednym, szalonym rytmie, muzykę, która była jednocześnie symfonią Beethovena i pieśnią syren, która wzywała na dno najgłębszego oceanu rozkoszy.

To było powolne, głębokie, wahadłowe kołysanie, które trzymało nas na najwęższej, najsłodszej, najbardziej nie do zniesienia krawędzi między rajem a piekłem, między życiem a śmiercią, między bytem a niebytem.

Zdała mi się nie być kobietą – o nie, nie zwykłą kobietą – lecz aniołem i demonem w jednym, istotą stworzoną z czystego ognia i czystej wody, z czystej miłości i czystego grzechu, zdała mi się być każdym moim oddechem, każdym uderzeniem serca, każdym drgnieniem ciała, każdym westchnieniem duszy.

A później zatrzymałem to cudowne unoszenie i opuszczanie jej słodkiego, lekkiego, niebiańskiego ciała.

Zastygła w powietrzu niczym posąg najpiękniejszej bogini, utrzymywana jedynie siłą moich mięśni, moich ramion, mojej miłości, mojej woli, która nie pozwalała jej spaść, nie pozwalała jej uciec, nie pozwalała jej być gdzie indziej niż we mnie.

I tylko płynny, głęboki, niekończący się ruch bioder – do góry, do dołu, do przodu, do tyłu – był jedynym ruchem w tym akcie miłosnym, jedynym tańcem, jedyną modlitwą, jedyną symfonią.

A później dołączyłem do tego jeszcze okrężne ruchy – niewielkie, cudowne, niebiańskie półkola, elipsy, które zataczałem, wchodząc w nią do samego końca, do samego dna, do samego serca, do samego nieba.

I to wywołało w moim mózgu burzę tak słodką, tak nie do zniesienia, tak rozkoszną, że prawie straciłem przytomność, że prawie rozpłynąłem się w tej rozkoszy, która była jednocześnie torturą i zbawieniem, piekłem i rajem, życiem i śmiercią.

– Ooooch… – westchnęła gorąco, prosto w moje usta, oddechem, który był jednocześnie ogniem i miodem, jednocześnie błaganiem i rozkazem.

Czas się zatrzymał.

Świat się zatrzymał.

Byliśmy tylko my dwoje – złączeni, nadzy, płonący, wiecznie młodzi, wiecznie spragnieni, wiecznie w sobie.

I w tej jednej, jedynej, niekończącej się chwili,

gdy słońce wpadało przez wielkie okno i malowało nasze ciała złotem,

gdy szum sosen był jedyną muzyką,

gdy zapach drewna, potu, miłości i nas wypełniał całe powietrze,

wiedzieliśmy, że to nie jest seks.

To jest wieczność.

I my właśnie w niej żyjemy.

Na zawsze.

Czerwona rybka

52. Pędziłem do met y Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała ...