7. Betonowa bryła toalety
Ruszyli w stronę toalety, a szaleństwo pożądania, które dotąd tliło się w niej jak ukryty płomień, przybrało wreszcie realne, namacalne kształty – biodra jej kołysały się w pośpiechu, nogi drżały lekko przy każdym kroku, oddech wychodził płytkimi, gorącymi westchnieniami, a wilgoć między udami przypominała o sobie przy każdym poruszeniu, ciepła i natarczywa, jakby ciało samo torowało drogę temu, co nieuchronne. Alexander szedł szybkim, lecz spokojnym krokiem, jego sylwetka prosta, ruchy płynne, jakby nie czuł ciężaru gorąca ani pośpiechu, który palił ją od środka; jego dłoń wciąż trzymała jej nadgarstek, palce ciepłe i pewne, prowadząc ją bez słowa, a zapach jego skóry unosił się wokół niej jak mgła, gęstsza z każdym metrem, wdzierająca się w nozdrza, w myśli, w pragnienia.
Ona dreptała tuż za nim, nerwowo, niemal potykając się o własne stopy – trampki szurały po chodniku, warkocz podskakiwał na ramieniu, a oczy jej, duże i niebieskie, nie odrywały się od jego pleców, od linii ramion pod koszulą, od miejsca, gdzie skóra lśniła lekkim potem. Serce biło jej w gardle, w piersiach, między nogami, podniecenie rozlewało się falami, sprawiając, że sukienka przylegała do ciała zbyt ciasno, że sutki ocierały się o materiał boleśnie rozkosznie, że każdy krok był torturą i obietnicą zarazem.
Jakieś starsze małżeństwo, siedzące na ławce w cieniu drzew, spojrzało na nich podejrzliwie – kobieta zmrużyła oczy, mężczyzna poprawił okulary, ich spojrzenia przesunęły się po splecionych dłoniach, po rumieńcach na jej policzkach, po sposobie, w jaki ona niemal biegła za nim. Alexander zauważył ich kątem oka, zielone źrenice błysnęły ledwie dostrzegalnie, a jego krok nie zwolnił ani o ułamek – był łowcą, zawsze świadomym otoczenia, i musiał mieć pewność, że nikt nie przeszkodzi, że ofiara nie wymknie się w tej chwili, gdy już tak blisko, gdy ciepło jej ciała, drżenie jej oddechu, wilgoć jej pożądania należały niemal całkowicie do niego. Spojrzenie starszego mężczyzny spotkało jego na moment, i choć nic nie powiedział, odwrócił wzrok, jakby coś w tych głębokich oczach kazało mu zapomnieć, co widział.
Odległość była niewielka – kilkadziesiąt metrów przez trawnik, za rzędem krzewów – lecz dla niej ciągnęła się jak wieczność, każdy krok potęgował napięcie, każdy podmuch wiatru niósł jego zapach bliżej, każdy ruch jego dłoni na jej nadgarstku budził nowe dreszcze. Wreszcie dotarli – betonowa bryła toalety publicznej wyłoniła się zza zieleni, drzwi uchylone lekko, zapraszały do środka chłodniejszym powietrzem. Alexander liczył na to, że będzie pusta, i nie mylił się – echo ich kroków odbijało się od ścian, żadnych głosów, żadnych kroków, tylko cichy szum wentylacji i zapach, charakterystyczny, mieszanka środków czystości, wilgoci i czegoś starego, lecz zaskakująco znośny, niemal przytulny w tej chwili, gdy wszystko inne przestało się liczyć. Nie był to hotel, lecz wystarczająco – kafelki lśniły czystością, światło jarzeniówek miękkie, rozproszone, a powietrze chłodniejsze niż na zewnątrz, kontrastujące z gorącem ich ciał.
Alexander potrzebował tego bardziej niż ona, choć w inny sposób – w środku niego drżało coś zimnego, głodnego, napiętego jak struna, choć po nim nie widać było ani śladu: krok pewny, oddech równy, twarz spokojna. To drżenie było głębokie, ukryte, jak tęsknota za czymś, co wreszcie miało się spełnić, jak wypełniająca się pustka, która domagała się energii, ciepła, rozkoszy drugiej istoty.
W środku czekały drugie drzwi – toaleta podzielona na części: damską, męską, dla niepełnosprawnych i matek z dziećmi – kabiny z metalowymi sedesami lśniły w półmroku, powietrze tu było świeższe, mniej używane. Wybrał kabinę dla niepełnosprawnych – większą, mniej uczęszczaną, pachnącą delikatniej, z mniejszym prawdopodobieństwem, że ktoś wejdzie nagle. To on wybrał, jego dłoń pchnęła drzwi, jego krok przekroczył próg pierwszy, ona podążyła posłusznie, bez myśli, bez wahania – już nie myślała, płonęła z pożądania, podniecenie rozrywało ją od środka falami ciepła, wilgoci, drżenia, które nie pozwalało stać prosto, które sprawiało, że sukienka wydawała się zbyt ciężka, że ręce same sięgały ku niemu, że oczy jej, zamglone i ciężkie, błagały o to, co miało nadejść wreszcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz