5. Prawie doznała orgazmu
Jego twarz zbliżała się do jej twarzy powoli, z tą samą nieubłaganą precyzją, z jaką słońce schodziło ku horyzontowi – centymetr po centymetrze, bez pośpiechu, pozwalając, by ciepło jego oddechu musnęło jej policzek najpierw, potem wargi, potem wnętrze rozchylonych ust. Oczy jego, głębokie i spokojne, z tym złotawym błyskiem, nie odrywały się od jej niebieskich, zamglonych, pełnych bezbronnego oczekiwania; patrzył tak, jakby smakował każdą sekundę, jakby wiedział dokładnie, jak bardzo ona tego pragnie, jakby widział w jej źrenicach odbicie własnego triumfu. Zapach jego skóry, intensywny i ciepły, otulał ją coraz ciaśniej, wdzierał się w nozdrza, mieszał z jej własnym oddechem, z wilgocią potu na wardze górnej, z lekkim, słodkim posmakiem powietrza po burzy.
W jej głowie nie było już myśli – tylko pragnienie, czyste, gorące, wszechogarniające. Chciała tego całą sobą, każdym włóknem ciała, każdym uderzeniem serca, każdym drżeniem w brzuchu; umysł, który jeszcze chwilę temu próbował pytać „dlaczego”, „jak to możliwe”, poddał się całkowicie, rozpłynął w ciepłej mgle, zostawiając jedynie jedno, natarczywe echo: bliżej, głębiej, teraz. Czuła, jak jej wola topnieje, jak opór, którego resztki jeszcze tliły się gdzieś w tyle głowy, gaśnie pod naporem ciepła jego bliskości, pod naporem zapachu, który sprawiał, że wszystko inne – przystanek, zakupy, przechodnie w oddali – przestało istnieć.
Dotknął. Niespiesznie. Tylko musnął – wargi jego, pełne i ciepłe, ledwie otarły się o jej wargi, miękko, delikatnie, jakby sprawdzał temperaturę wody przed zanurzeniem. To muśnięcie było lekkie jak powiew wiatru, lecz wystarczyło, by wstrząsnąć nią całą: wargi jej zadrżały, rozchylone już wcześniej, teraz otworzyły się szerzej, zapraszająco, wilgotne od śliny i oczekiwania; oddech jej zamarł na chwilę, potem wrócił jako cichy, drżący jęk, ledwie słyszalny, a ciepło z miejsca kontaktu rozlało się po ustach, po policzkach, po szyi, w dół, aż do piersi, gdzie sutki napięły się boleśnie pod sukienką.
Jej usta były już lekko rozchylone, wilgotne, drżące, czekające – wargi górna i dolna rozeszły się mimowolnie, jakby ciało samo otwierało się na niego, język jej musnął własne wargi, smakując resztkę słonego potu z jego skóry, którą zebrała wcześniej. Czekała, nie mogąc oddychać pełną piersią, nie mogąc oderwać wzroku od jego ust, które zbliżały się znowu; biodra jej poruszyły się lekko, szukając bliższego tarcia o jego ciało, ręce zacisnęły się na jego karku, palce wplotły we włosy, a między udami wilgoć stała się tak intensywna, że czuła ją na skórze, ciepła, lepka, pulsująca w rytm serca.
Wtedy uchylił swoje usta – powoli, z tą samą pewnością – i wsunął język, głęboko, lecz nie gwałtownie, sunąc po jej wardze dolnej, potem górnej, wnikając w wilgotne ciepło jej ust, spotykając jej własny język, który natychmiast poddał się, oplótł, zaczął tańczyć w rytm jego ruchów. Ślina jego, ciepła, słodka, z nutą czegoś pierwotnego i upajającego, niczym nektar gęsty i złocisty, spłynęła na jej język, wniknęła w podniebienie, rozlała się po ustach, odbierając resztki woli – smakowała słodyczą miodu zmieszanego z solą potu, z ciepłem lata, z czymś, co sprawiało, że głowa jej zakręciła się lekko, że myśli rozpłynęły się całkowicie, że jedyne, co pozostało, to pragnienie więcej, głębiej, bez końca.
Prawie doznała orgazmu – ciało jej zadrżało gwałtownie, fala ciepła eksplodowała nisko w brzuchu, rozlewając się po udach, po plecach, po piersiach; wilgoć między nogami stała się potopem, gorąca, pulsująca, biodra jej poruszyły się same, szukając tarcia, nacisku, sutki napięły się tak mocno, że bolały rozkosznie pod materiałem, oddech urwał się w gardle, wychodząc jako cichy, bezwiedny jęk w jego usta. Umysł jej był już tylko chaosem rozbieganych myśli i pragnień – „więcej, proszę, weź mnie całą, tu, teraz, nie przestawaj, nie mogę wytrzymać, chcę czuć cię w sobie, głęboko, bez końca” – myśli te wirowały, nakładały się na siebie, tonęły w słodyczy jego śliny, w ciepła jego języka, w zapachu, który otulał ją całą, a ciało drżało na granicy, na krawędzi tej rozkoszy, która była już tak blisko, tak nieuchronna, że wystarczyło jedno więcej muśnięcie, jedno więcej wniknięcie, by runęła w nią całkowicie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz