13. Pełna jego męskości
Trzymał ją za potylicę – dłoń jego, ciepła i pewna, palce wplatające się głęboko we włosy u nasady głowy, nie ściskając mocno, lecz z tą subtelną, nieugiętą siłą, która kierowała każdym ruchem, każdym oddechem. Poruszał biodrami do przodu i do tyłu, powoli na początku, z precyzją, która pozwalała jej poczuć każdy centymetr, każde napięcie mięśni – ściśnięte pośladki, twarde i krągłe pod skórą, napięte uda, linie brzucha zarysowane w półmroku jak rzeźba z żywego marmuru, pulsujące w rytm jego oddechu. Nigdy wcześniej, nawet w telewizji, w tych ukradkowych scenach, które oglądała z rumieńcem w młodości, nie widziała tak grzesznie idealnego mężczyzny, tak obłędnie podniecającego – proporcje ciała doskonałe, skóra lśniąca lekkim potem w świetle jarzeniówek, zapach jego podniecenia mieszający się z feromonami, tworzący mgłę, w której tonęła.
Wchodził głęboko, do samego gardła, sunąc powoli, wypełniając ciepłem, twardością, pulsowaniem, które czuła bardzo dokładnie – na języku, w podniebieniu, w migdałkach, jakby jej ciało uczyło się nowego języka, języka rozkoszy i poddania.
Była coraz bardziej oszołomiona, w głowie kręciło się lekko w tej ciepłej, gęstej mgle, gdzie granica między jawą a snem zacierała się całkowicie – stosunek oralny z mężem, na początku małżeństwa, tak, pamiętała te nieśmiałe próby, szybkie i pełne wstydu, bez takiego zaangażowania, bez takiego oddania, które teraz pochłaniało ją całą. Marzenia? Tak, kiedyś, kiedy była młodsza, w samotnych nocach, gdy wyobraźnia pozwalała na więcej, na to, co potem wstyd ukrywał głęboko, wywołując zgorszenie na samą myśl. A jednak to było w niej od dawna, ukryte, czekające na moment, gdy tamy pękną – myślała, że to sen, że ta kabina, ten mężczyzna, to ciepło w ustach to tylko fantazja, a jednak nie spała, czuła chłód kafelków pod kolanami, słyszała odległy szum miasta, smakowała realność jego skóry, pulsowanie prawdziwe i natarczywe. To działo się naprawdę, grzesznie i niepowstrzymanie, a wstyd mieszał się z rozkoszą w jedno, upajające uczucie.
Otworzyła się na niego całkowicie, gardło rozluźniło się jeszcze bardziej, usta zacisnęły ciaśniej, język poruszał się w rytm jego ruchów, a czuła jego męskość w migdałkach – głęboko, wypełniająco, ciepło sunące tam i z powrotem, pulsujące jak źródło życia. O tak, właśnie tak było cudownie – grzesznie i nieziemskie zarazem, ciepło rozlewało się po gardle, po piersiach, po brzuchu, wilgoć spływała obficiej między udami, sutki pulsowały w rytm, a w umyśle jej tylko westchnienia bez słów: „Więcej, głębiej, nie przestawaj”.
Poruszał się szybciej, biodra napierały z większą intensywnością, mięśnie napięte, pośladki ściśnięte w rytm, a wydawał odgłosy – ziemskie, męskie, niskie westchnienia, ciche pomruki, które wibrowały w niej całej, zdradzając, że chciał, on też chciał więcej, że nie potrafił się do końca maskować, nie w takiej chwili, gdy energia płynęła strumieniem, gdy głód zaspokajał się powoli, nieustannie.
– Jak masz na imię? – wydyszał, głos jego urywany, ciepły, wibrujący w jej ustach, w gardle, jakby pytanie to było częścią rytmu, częścią tej intymnej symfonii.
Chciała odpowiedzieć, imię jej wisiało na końcu języka, gotowe wyszeptać, lecz nie mogła – była pełna jego męskości, wypełniającej usta, gardło, myśli, nie pozwalającej na słowo, tylko na westchnienie ciche, na drżenie w odpowiedzi, na ślinę napływającą obficiej, mieszającą się z jego esencją.
– Jesteś taka świeża, taka pełna energii – powtarzał, głosem niskim, dyszącym, słowa wychodzące z niego falami, w rytm ruchów bioder – nie broń się, daj mi wszystko, daj mi z siebie wszystko.
A ona tak bardzo chciała, żeby był zadowolony, tak bardzo chciała spełnić jego pragnienia – myśli jej tonęły w tym błaganiu, w poddaniu, ciało drżało w odpowiedzi, gardło otwierało się szerzej, usta zaciskały ciaśniej, język poruszał się czulej, biorąc głębiej, oddając wszystko, co miała, w tej chwili, w tej kabinie, w tej rozkoszy, która była grzechem i zbawieniem zarazem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz