68. Tęskniła za więcej
Daniela obudziła się koło południa w pościeli przesiąkniętej ich zapachami – ciężkimi, słodkimi, zwierzęcymi, jakby cały pokój oddychał nim samym. Zapach jego spermy wciąż wisiał w powietrzu, gęsty i słony, zmieszany z jej własnymi sokami, z potem, z wanilią olejku kąpielowego i z czymś pierwotnym, co osiadało na języku jak najdroższa trucizna. Prześcieradło lepiło się do skóry – mokre plamy ich miłości zastygły w ciemne, lśniące mapy, a gdy się poruszyła, materiał szeleszcząc ocierał się o nabrzmiałe sutki i o cipkę, która wciąż była nadwrażliwa, opuchnięta, lekko rozchylona, jakby nie chciała zapomnieć kształtu jego kutasa.
Powietrze przesycone ozonem po nocnej burzy – grzmoty, których nawet nie pamiętała, tak głęboko odpłynęła w sen o nim, tak mocno ciało jej się poddało. Słońce wpadało teraz przez uchylone drzwi tarasu, złote smugi kładły się na podłodze, na jej udach, na piersiach, które unosiły się powoli, ciężko, jakby wciąż niosły w sobie echo jego dłoni. W głowie kołatało się wspomnienie: jak wchodził w nią od tyłu, jak wypełniał ją po brzegi, jak jego nasienie wlewało się gorącymi strumieniami głęboko, tak głęboko, że czuła je w samym brzuchu, w macicy, w każdej komórce. Myślała: „To nie był sen. To było prawdziwe. On był prawdziwy. I zostawił we mnie siebie”.
Ciało ciężkie, wyczerpane – mięśnie ud bolały przyjemnie, jak po długim, bezlitosnym biegu, cipka pulsowała leniwie na samo wspomnienie jego grubości, jego twardości, jego wytrysku, który wciąż czaił się w niej, ciepły, lepki, powoli wyciekający na wewnętrzną stronę ud. Sutki stwardniały boleśnie na samą myśl o jego palcach – jak je ściskał, ciągnął, masował, aż krzyczała. A jednocześnie skóra promieniała delikatnym, wewnętrznym blaskiem, oczy błyszczały wilgocią, usta same układały się w leniwy, rozmarzony uśmiech. Czuła się niesamowicie zaspokojona, nasycona do granic, a jednocześnie głodna – im bardziej ciało odpoczywało, tym mocniej tęskniła za jego powrotem, za tym, żeby znów ją wziął, rozciągnął, wypełnił, oznaczył.
Wstała powoli, naga, stopy dotknęły chłodnej podłogi, a każdy krok wysyłał drobne fale przez uda, przez cipkę, przez brzuch. Biodra kołysały się mimowolnie, piersi falowały lekko, sutki ocierały się o powietrze, wywołując mrowienie, które rozchodziło się w dół kręgosłupa. Podeszła do okna – deszcz ustał, słońce przebijało się przez resztki chmur, ogród lśnił wilgocią, hortensje uginały się pod ciężarem kropel, jaśmin wylewał w powietrze gęstą, białą słodycz zmieszaną z mokrą ziemią i odległym echem ozonu. Powietrze było czyste, świeże, a jednocześnie wciąż niosło w sobie echo nocy – jego zapach na jej skórze, w jej włosach, między udami.
Czuła się dziwnie rozdarta: z jednej strony wyczerpana, jakby przebiegła maraton czystej, mokrej rozkoszy, z drugiej – pełna życia, jak nigdy dotąd. Każdy ruch przypominał jego dotyk – palce na biodrach, dłonie na piersiach, kutas wbijający się głęboko, sperma wypełniająca ją po brzegi. Cipka drgnęła na samo wspomnienie, wilgoć znów pojawiła się między wargami sromowymi, ciepła, lepka, gotowa. Sutki stwardniały jeszcze bardziej, piersi uniosły się w przyspieszonym oddechu, skóra pokryła się drobną gęsią skórką.
W głębi piersi rosło coś jeszcze – pragnienie, tęsknota, słodka i bolesna, nie do ugaszenia. Satysfakcja mieszała się z głodem – im bardziej czuła się zaspokojona, tym mocniej tęskniła za więcej. Myślała: „On powiedział, że wróci… kiedy będę gotowa błagać. Już błagam. Już jestem gotowa. Chcę go znowu w sobie – grubego, twardego, pulsującego. Chcę czuć, jak dochodzi we mnie, jak wypełnia mnie po raz kolejny, aż nie będę w stanie myśleć o nikim innym. Chcę być jego. Całkowicie. Na zawsze”.
Stanęła przy otwartych drzwiach tarasu, naga, wilgotna, drżąca lekko na wietrze. Słońce musnęło jej skórę, ogród szeptał cicho, a ona czuła, jak w środku wciąż pulsuje jego nasienie – ciepłe, gęste, wiążące ją z nim niewidzialną nicią.
I wiedziała, że to nie koniec.
To dopiero początek jej głodu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz