67. Na granicy snu i jawy
Jej obfite ciało zadrżało w ostatniej, miażdżącej fali – najgłębszej, najczystszej, jakby ktoś wylał w nią cały ocean rozkoszy i jednocześnie podpalił go od środka. Rozpalona cipka zacisnęła się wokół jego fallusa w rytmicznych, spazmatycznych skurczach, ścianki pochwy pulsowały jak żywe, głodne usta, wysysając z niego resztki ciepła. Wilgoć trysnęła po raz ostatni – obfita, gorąca, lepka – mieszając się z jego gęstym nasieniem w jedną, pulsującą maź, która spływała po jego jajach, po jej udach, po pościeli, zostawiając lśniące, ciemne ślady jak mapa ich upadku.
Potem opadła bezwładnie na jego tors – ciężkie piersi przycisnęły się do oliwkowej skóry, sutki wciąż napięte, bolące od nadmiaru doznań, ocierały się o jego klatkę piersiową przy każdym płytkim, urywanym oddechu. Oczy miała zamglone, źrenice rozszerzone, usta rozchylone w uśmiechu – szczęśliwym, uzależnionym, pustym bez niego. Czuła, jak jego fiut wciąż w niej tkwi, powoli mięknie, ale nie wychodzi całkowicie – ciepło jego nasienia pozostało, palące, wypełniające, obezwładniające, jakby ktoś wlał w nią płynne złoto i zamknął je od środka.
Alex głaskał ją po włosach – wilgotnych, splątanych, rozrzuconych na poduszce jak złota pajęczyna. Palce przesuwały się powoli, niemal czule, a jednocześnie z tą samą drapieżną pewnością, z jaką brał ją przed chwilą.
Głos miał aksamitny, niski, wibrujący w jej kościach jak odległy grzmot, który jeszcze nie ucichł:
– Wrócę do ciebie… kiedy będziesz gotowa błagać o więcej. Masz w sobie tyle energii… tyle życia… tyle rozkoszy do oddania, a ja chcę to wziąć… będę brał, a ty będziesz dawać z rozkoszą. Jesteś moja na zawsze. Ja biorę i daję… daję rozkosz, daję raj… daję ci mnie całego, aż nie będziesz potrafiła oddychać bez mojego zapachu w płucach.
Słowa wsiąkały w nią jak sperma, którą wciąż czuła głęboko w sobie – lepkie, gorące, nieodwracalne. Myślała: „Tak… tak właśnie musi być… on jest moim przeznaczeniem… on jest moim bogiem i moim demonem… chcę, żeby wracał… chcę, żeby mnie brał znowu i znowu… aż zapomnę, kim byłam przed nim”.
Wstał powoli – nagi, piękny, muskularny, męskość wciąż półtwarda, lśniąca od ich zmieszanych soków, pokryta cienką warstwą spermy i jej wilgoci, która połyskiwała w bursztynowym świetle lampki. Każdy ruch jego ciała był płynny, niemal ceremonialny, jakby właśnie zakończył rytuał, a nie kochanek.
Przeszedł przez sypialnię boso, bez pośpiechu. Otworzył drzwi na taras. Deszcz zaczął padać – cicho, leniwie, pierwsze krople uderzały w jego skórę z delikatnym plaśnięciem, spływały po torsie, po brzuchu, po wciąż wilgotnym kutasie, zmywając resztki ich miłości, ale nie zapach. Zapach pozostał – piżmo, skóra, sól, wanilia, ozon i coś pierwotnego, co wdzierało się w powietrze jak dym kadzidła.
Wyszedł w deszcz – sylwetka ciemna, wysoka, rozpływająca się w mroku ogrodu, w szumie hortensji i jaśminu.
Daniela została sama – wyczerpana, szczęśliwa, uzależniona.
Ciało wciąż drżało drobnymi, niekontrolowanymi dreszczami. Pot spływał po piersiach i brzuchu cienkimi strużkami, mieszał się z resztkami wilgoci między udami, z jego nasieniem, które powoli wyciekało z niej, gęste, ciepłe, lepkie. Zapach Alexa osiadł wszędzie – w nozdrzach, na skórze, we włosach, w duszy – a przede wszystkim w środku, głęboko, tam gdzie wciąż czuła jego puls, jego ciepło, jego obecność. Cipka drżała słabo, jakby wciąż chciała go przytrzymać, wciąż chciała więcej.
Leżała na plecach, nogi rozchylone, ręce bezwładne, oczy wpatrzone w sufit, na którym tańczyły cienie deszczu za oknem. Uśmiech nie schodził jej z ust – leniwy, rozmarzony, pusty i jednocześnie pełen.
W głowie huczało jedno: „Wróci… wróci, bo musi… bo ja już nie potrafię bez niego… bo on jest moim powietrzem, moim ogniem, moim grzechem… i ja chcę grzeszyć dalej”.
Deszcz uderzał o dach coraz mocniej.
A ona słuchała tego rytmu i czuła, jak w środku wciąż pulsuje jego nasienie – ciepłe, gęste, wiążące ją z nim na zawsze.
I w tej ciszy po burzy, na granicy snu i jawy, zrozumiała, że właśnie zaczęła się jej prawdziwa noc.
Nie koniec.
Początek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz