16. Rozkosz z przerażeniem
Później, choć ona już nie zdawała sobie z tego sprawy w pełni, jej pączek – ten delikatny, ukryty skarb między udami, wzgórek miłości, cudowna muszelka – zaczął błyskawicznie puchnąć, nabrzmiewać pod naporem krwi, która napływała falami, gorącymi i niepowstrzymanymi, wypełniając tkanki, sprawiając, że stał się gruby, twardy, pulsujący w rytm serca, które biło coraz szybciej, chaotycznie. Czuła zalewający to miejsce wrzątek – gorąco paliło tak bardzo, tak mocno, jakby lawa rozlewała się wewnątrz, rozpalając każdą nerwową końcówkę, każdy fałd, każdą wrażliwą warstwę, aż ból mieszał się z rozkoszą w jedno nie do zniesienia uczucie. Jedynym wybawieniem, jedyną myślą, która przebijała się przez mgłę, był gwałtowny, wyuzdany seks, dynamiczne ruchy frykcyjne, głębokie i bezlitosne, orgazm za orgazmem, fala po fali, do utraty sił, do całkowitego zatracenia, gdzie ciało mogłoby wreszcie uwolnić to napięcie, tę lawę, w eksplozji, która obiecywała ulgę i jednocześnie więcej cierpienia. Myśli jej wirowały w tej gorącej mgle: „Co się dzieje, dlaczego tak pali, dlaczego nie mogę przestać chcieć więcej?”, a wilgoć spływała obficiej, gorąca i lepka, po wewnętrznej stronie ud, po palcach, które wciąż trzymała na skórze, drżące i bezsilne.
Jej zaskoczone oczy patrzyły na niego jak na mordercę – wielkie, niebieskie, szeroko otwarte, pełne nagle budzącego się lęku pomieszanego z pożądaniem, jakby uświadomiła sobie w tej chwili coś strasznego i pięknego zarazem. Patrzyła jak ofiara na swojego prześladowcę i kata, jak ktoś, kto właśnie zrozumiał pułapkę, w którą wpadł, dokładnie w momencie, kiedy było już za późno na ucieczkę, kiedy drzwi kabiny za plecami były zamknięte, a jego ciało przy niej – nieruchome, pewne, z czubkiem wciąż wewnątrz, pulsującym lekko. Rumieniec na jej policzkach zbladł lekko, oddech stał się urywany, a w umyśle jej przemknęło: „On wie, on to zrobił, on chce mnie zniszczyć tą rozkoszą”, lecz pod spodem kryło się poddanie, słodkie i nieuniknione, bo nawet lęk dodawał napięcia, sprawiając, że wnętrze zacisnęło się wokół niego mocniej, wilgoć spłynęła obficiej, a sutki napięły się boleśnie.
Płatki jej różyczki wysunęły się powoli, nabrzmiewając, żyjąc własnym życiem niczym delikatny ślimak budzący się do światła – fałdy rozchylały się, wilgotne i gorące, płonące od wewnątrz tym samym wrzątkiem, który rozlewał się po całym ciele. Gęste, spienione soki zaczęły wypływać ze wszystkich stron niepohamowanym strumieniem, ciepła wilgoć spływała po udach, po palcach, po jego męskości, lśniąc w półmroku, pachnąc intensywnie, cielesnie, mieszając się z jego zapachem w kabinie, tworząc mgłę, w której dźwięki z zewnątrz – kroki, głosy – stawały się odległe, nierealne. A to dopiero był początek, preludium do prawdziwego koncertu – czuła to w pulsowaniu wewnątrz, w drżeniu bioder, w sposobie, w jaki ciało jej otwierało się szerzej, zapraszając, błagając o więcej, choć umysł szeptał ostrzeżenia, których nie słuchała.
Przyłożyła dłoń, jakby w ostatnim akcie rozpaczy chciała bronić swojego skarbu – palce drżące opadły między uda, muskając nabrzmiałe fałdy, próbując zasłonić, powstrzymać ten strumień, to gorąco, które paliło nie do zniesienia. Ale dobrze wiedziała, że nie ma już dla niej ratunku – dotyk tylko spotęgował uczucie, palce ślizgały się po wilgoci, muskając wrażliwe miejsca, wywołując nowy skurcz, nową falę ciepła, a w myśli jej zabrzmiało: „Nie mogę, nie dam rady zatrzymać, to zbyt silne, zbyt piękne”. Była skazana na zatracenie, na tę rozkosz, która miała ją pochłonąć całą, choć ogromu tego, co czekało – fal wielokrotnych, wyczerpujących, niekończących się – nawet nie podejrzewała, tylko czuła w drżeniu ciała, w pulsowaniu wewnątrz, w zapachu, który otulał ją całą.
Wystraszona reakcjami własnego organizmu, próbowała się wyprostować i uwolnić – mięśnie napięły się, biodra cofnęły lekko, ręce odepchnęły się od drzwi, szukając ucieczki, choć czubek jego wciąż był wewnątrz, trzymając ją w miejscu. Zaraz potem bezsilna opadła, uderzając plecami o drzwi kabiny z cichym stuknięciem, które w ciszy zabrzmiało jak kapitulacja. Jej wielkie, niebieskie, wystraszone oczy zdawały się mówić: „Boże, czy ja umieram?”, szeroko otwarte, pełne lęku i ekstazy, patrzące na niego błagalnie, usta zamarły wpół słowa, rozchylone w niedokończonym westchnieniu, a cera stała się blada, jakby odpłynęła z niej cała krew – policzki straciły rumieniec, skóra zbladła lekko w półmroku, oddech płytki i urywany, ciało drżące w tej granicznej chwili, gdzie rozkosz mieszała się z przerażeniem, gdzie tsunami dopiero nabierało siły, gotowe pochłonąć ją całą w falach, których nie mogła już powstrzymać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz