1. Pozostaje ci nauka
Była druga połowa wakacji, wczesne popołudnie. Ten dzień zapowiadał się wyjątkowo, nie tylko ze względu na sprzyjającą pogodę, ale i na przeczucie, że czeka mnie coś niezwykłego. Jeszcze o niczym nie wiedziałem, ale w powietrzu unosiło się subtelne napięcie, jakby los szykował dla mnie niespodziankę. Czułem dreszcz ekscytacji, zwiastujący nową, nieznaną przygodę.
Pogoda była idealna – ciepło, ale bez uciążliwego upału. Lekki zefirek przyjemnie muskał skórę, a w powietrzu dało się wyczuć delikatną bryzę, jakby deszcz czaił się gdzieś w oddali, choć niebo pozostawało bezchmurne. Z dobrym nastawieniem ruszyłem do domu Zalewskich. Byłem pewien, że spędzę tam owocne trzy godziny, uczciwie zarabiając na korepetycjach. Od kilku lat przygotowywałem maturzystów z języka polskiego, a tym razem miałem pracować z Alicją – znałem tylko jej imię.
Zaskoczyła mnie jej drobna sylwetka. W swojej karierze nauczyciela miałem do czynienia z wieloma nastolatkami o różnej budowie ciała, ale ona była inna. Trudno mi było określić, co budziło we mnie tak sprzeczne uczucia – można by to nazwać dysonansem poznawczym. Była niska, lecz nie to przyciągało uwagę. Gdy próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest ładna, czy raczej nie, nie potrafiłem znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Nie była pięknością w klasycznym tego słowa znaczeniu – ani, jak sądzę, w żadnym innym.
Jej sylwetka była niezwykle szczupła, ale określenie to nie oddawało w pełni jej wyglądu. „Szczupła” sugeruje harmonijną, proporcjonalną budowę, a w jej przypadku tej harmonii brakowało. Może bardziej pasowałoby powiedzieć, że była intrygująca, niemal enigmatyczna. W pierwszej chwili poczułem konsternację, jakby stanęła przede mną istota z innego świata. Jej odkryte przedramiona i nogi wydawały się niemal kruche, przywodząc na myśl sylwetkę anorektyczki. Gdybym miał jej coś poradzić, zasugerowałbym chyba bardziej pożywne posiłki. A jednak, mimo drobnego wzrostu i ascetycznej budowy, jej sylwetka miała w sobie coś zaskakująco proporcjonalnego – szczególnie w okolicach bioder, które, trzeba to przyznać, były kształtne i przyciągały wzrok.
Przyjrzałem się jej jeszcze raz, z większą uwagą. Wrażenie było osobliwe. W tej nietypowej, niemal przerysowanej sylwetce kryła się swoista symetria, jakby starannie zaplanowana. Przypominało mi to abstrakcyjną grafikę, w której chaos linii, kół i kwadratów skrywa niewidoczną na pierwszy rzut oka harmonię.
Opisując Alicję, nie mogę pominąć jej twarzy, bo bez niej obraz byłby niekompletny. Jej buzia była równie niezwykła, co drobne, niemal kruche ciało – jedno bez drugiego nie mogło istnieć. Powiem wprost: Alicja była piegowata. Nie chodziło jednak o kilka uroczych kropek wokół nosa, które dodają dziewczęcego wdzięku. Nie, to był zupełnie inny poziom. Jej twarz i szyja, od czoła po dekolt, były usiane pomarańczowo-brązowymi plamkami. Nie powinienem tego oceniać – w końcu nikt nie wybiera swojego wyglądu – ale w pierwszej chwili pomyślałem o dalmatyńczyku w nietypowej, brązowej odsłonie, tyle że w miniaturze. Piegów było tak wiele, że nawet przymknięte powieki miały ten sam nakrapiany wzór.
Do tego wszystkiego miała proste, jakby niedbale utrzymane włosy w trudnym do określenia kolorze, spięte zwykłą gumką w skromny kucyk. W tamtej chwili, choć nie jestem z tego dumny, przemknęła mi myśl: „No cóż, dziewczyno, pozostaje ci nauka, bo na wygląd nie masz co liczyć”. Jednak już po kilku minutach rozmowy, po paru wymienionych zdaniach, moja perspektywa zaczęła się zmieniać. Nie była to nagła przemiana z jednego bieguna na drugi, lecz raczej odkrycie innej, subtelniejszej strony. Nagle dostrzegłem piękno – nie tylko w jej twarzy, ale i w całej sylwetce – które wcześniej umykało mojemu spojrzeniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz