2. Zadziorny urwis
Szybko przekonałem się, że Alicja jest nie tylko bardzo inteligentna, ale też wygadana i bezpośrednia. Bez chwili wahania wyciągnęła do mnie rękę – jako pierwsza – i od razu przeszła na „ty”. Jako nauczyciel mogłem poczuć się nieco zaskoczony; w końcu dzieliła nas spora różnica wieku. Jednak zważywszy na wakacyjną atmosferę i jej naturalny urok, przystałem na tę swobodną formę komunikacji. Patrzyła mi prosto w oczy, a na jej piegowatej twarzy rozkwitał ciepły, szczery uśmiech. Emanowała naturalnością, jakby zawsze i wszędzie pozostawała sobą, niezależnie od okoliczności.
Jak wspomniałem wcześniej, był to ciepły, choć nie upalny dzień. Oboje byliśmy lekko ubrani, ale Alicja jeszcze lżej. Miała na sobie coś, co trudno jednoznacznie nazwać – może bluzkę na wąskich ramiączkach, cienkich jak tasiemki. Nic nadzwyczajnego, a jednak przyciągało uwagę. Jej ramiona, odkryte i delikatne, wydawały się tak kruche, że brakowało mi słów, by je opisać. Przez chwilę miałem irracjonalną myśl, by ich dotknąć, jakby chcąc sprawdzić, czy nie pękną pod najlżejszym naciskiem. Nie zdziwiło mnie, że i one były usiane piegami, przynajmniej na zewnętrznej stronie. Mój wzrok powędrował od jej szyi aż po dłonie, jakby próbując odnaleźć w układzie tych kropek i plamek ukryte wzory czy znaczenia. Bluzka, wykonana z miękkiej dzianiny, delikatnie opinała jej drobną sylwetkę, podkreślając jej nietypową, niemal eteryczną postać. Ceglasty kolor materiału harmonizował z letnią aurą, dodając jej wyglądu ciepła i lekkości.
Alicja miała na sobie krótkie spodenki jeansowe, które tak samo jak bluzka, były idealnie dopasowane do jej drobnego ciała. Założyła nogę na nogę, dłonie oparła na kolanach i zwróciwszy twarz w moją stronę, z serdecznym uśmiechem na ustach, patrzyła wprost w moje oczy. Obydwoje siedzieliśmy na niewielkiej, dwuosobowej, czarnej skórzanej sofie. Zwróceni w swoją stronę, siedzieliśmy jakby bokiem.
Ubrany byłem tradycyjnie, jak typowy belfer na wakacjach: koszula w niebieskie pasy z krótkim rękawem i luźne, sportowe spodenki. Nic nadzwyczajnego, a jednak tego dnia nawet ten prosty strój wydawał się mieć znaczenie. Na nosie miałem zwykłe, druciane okulary, a w ręku plik kartek z notatkami i kilka podręczników, które odłożyłem na pobliską komodę. Siedząc bokiem do Alicji, oparłem ramię o wezgłowie kanapy i tłumaczyłem jej zaległy materiał. Ona, marszcząc swój mały nosek, spoglądała na mnie z zadziornym wyrazem twarzy, jakby chciała powiedzieć, że potrafi to rozegrać lepiej. I, jak się wkrótce okazało, rzeczywiście rozegrała.
– Zaczynajmy od razu – powiedziałem, chcąc zachęcić ją do współpracy. – We wrześniu masz poprawkę matury. Materiału jest sporo, ale przygotowałem go tak, że powinnaś go opanować bez problemu.
– Naprawdę? – odparła z nutą wyzwania w głosie, jakby rzucała mi rękawicę.
Czułem, że coś jest nie tak. Z tej drobnej, filigranowej nastolatki emanowała iskra, nieokiełznana energia, której nie sposób było przeoczyć. Choć nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę, miałem wrażenie, że kryje w sobie wulkan, gotowy w każdej chwili eksplodować.
– Jestem tu, by przekazać ci wiedzę w taki sposób, żebyś we wrześniu zdała maturę – powiedziałem, starając się brzmieć pewnie.
Przewróciła oczami, a ja nie byłem pewien, czy zgadza się z moimi słowami, czy może za chwilę zacznie zachowywać się jak zadziorny urwis. Z drugiej strony, czując w pewnym sensie przewagę jako jej nauczyciel, dostrzegałem w niej coraz więcej uroku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz