76. Nie spocznie, dopóki go nie znajdzie
Kinga poczuła, jak sutki twardnieją pod bluzą. Zacisnęła uda mocniej, legginsy wślizgnęły się głębiej w szparę, materiał przywarł do nabrzmiałych warg sromowych, drażniąc łechtaczkę przy każdym oddechu.
– I co się stało, jak weszłaś?
Elżbieta uśmiechnęła się smutno, ale w oczach miała błysk – ten sam, który Kinga widziała w lustrze dziś rano.
– Wszedł. Wysoki, smukły, oliwkowa skóra, zielono-złote oczy, które patrzyły tak, jakby już wiedziały, co mam pod sukienką. Biały fartuch, stetoskop na szyi, ale pod spodem czułam, że to tylko kostium. Uśmiechnął się – tym samym leniwym, złotawym uśmiechem, który potem widziałam w snach przez czterdzieści lat. „Proszę usiąść, panno Elżbieto” – powiedział. Głos miał niski, ciepły, wibrujący w kościach jak basowa struna.
Kinga przełknęła ślinę. Poczuła wilgoć między udami – gorącą, nagłą, lepkie ciepło rozlało się po wargach sromowych, majtki stały się mokre w jednej chwili.
– Rozebrał mnie powoli. Najpierw bluzka. Potem stanik. Stałam przed nim naga do pasa, ręce zakrywały piersi, rumieniec palił mi twarz. „Proszę opuścić ręce – powiedział spokojnie. – Muszę ocenić symetrię i napięcie mięśniowe”. Dotknął mnie – opuszkami palców, lekko, jakby ważył ciężar moich piersi. Sutki stwardniały natychmiast, sterczały twardo, ciemne i napięte. Poczułam, jak robi mi się mokro między nogami – gorąco, lepko, wilgoć spłynęła po wewnętrznej stronie ud. Zapytałam drżącym głosem: „Czy to konieczne, panie doktorze?”. Odpowiedział: „Oczywiście. To bardzo ważne badanie”.
Elżbieta zamilkła na moment. Kinga oddychała płytko, szybko, piersi unosiły się i opadały gwałtownie, sutki ocierały się o bawełnę bluzy, wysyłając palące impulsy w dół brzucha.
– Potem kazał mi się rozebrać do naga. Weszłam za parawan. Zdjęłam majtki – stałam naga, drżąca, cipka pulsowała boleśnie, wilgoć spływała po udach, sutki bolały od napięcia. Zapach jego skóry już wtedy wypełniał pokój – wanilia, piżmo, wilgotna ziemia po deszczu, coś miodowo-palącego, metalicznego. Usiadłam na fotelu ginekologicznym. Przypiął mi nogi i ręce pasami – „żeby się pani nie szarpała podczas precyzyjnego badania”. Bałam się. Ale jednocześnie… chciałam, żeby mnie dotknął. Żeby mnie wziął.
Kinga zacisnęła długopis tak mocno, że plastik zaskrzypiał cicho. Cipka zacisnęła się boleśnie na pustce, wilgoć spłynęła ciepłymi strużkami po wewnętrznej stronie ud, legginsy były już zupełnie przemoczone.
– I wtedy… rozpiął fartuch. Pod spodem nic nie miał. Tylko nagie, piękne ciało. Jego kutas stał twardo, gruby, żyłkowany, głowica lśniąca perlistą kroplą. Podszedł bliżej. Przyłożył go do mojej łechtaczki – gorący, ciężki, pulsujący. Poczułam, jak ta kropla spływa na mnie, ciepła i lepka. I wtedy… eksplodowałam. Całe ciało się spięło, cipka zacisnęła się na niczym, orgazm przyszedł natychmiast, tak silny, że straciłam oddech. Krzyknęłam. On tylko się uśmiechnął. „To dopiero początek” – powiedział.
Kinga poczuła, jak majtki robią się mokre na wylot. Sutki bolały pod bluzą, skóra na całym ciele zapłonęła. Oddychała przez usta, płytko, szybko.
– I co było dalej?
– Wszedł we mnie powoli. Głęboko. Rozciągnął mnie boleśnie i idealnie. Rżnął mnie długo, mocno, bez litości – biodra uderzały o moje, jądra obijały się o moją skórę, kutas wypełniał mnie po brzegi, każdym pchnięciem wbijał się w samo dno. Doszedł we mnie tak obficie, że czułam, jak gorące strumienie spermy wypełniają mnie po brzegi, przelewają się, spływają po udach, mieszają się z moimi sokami. Kiedy skończył… byłam inna. Złamana i złożona na nowo. Uzależniona od pierwszego razu.
Elżbieta zamilkła. Spojrzała na Kingę głęboko, oczy błyszczały wilgocią wspomnień.
– Córcia… ty też go szukasz, prawda?
Kinga nie odpowiedziała. Ale jej oczy mówiły wszystko – ciemne, głodne, błyszczące.
– Jeśli go znajdziesz… nie walcz z tym. Oddaj się. Bo jak raz poczujesz, to już nigdy nie będziesz taka sama. I nie będziesz chciała być.
Kinga kiwnęła głową. Głos jej drżał.
– Dziękuję… bardzo dziękuję.
Wstała. Nogi miała miękkie, jakby ktoś wyciągnął jej kości. Między udami czuła wilgoć, która przesiąkała przez legginsy, sutki bolały pod bluzą, skóra płonęła.
Wyszła na ulicę. Sierpniowe powietrze było ciepłe, lepkie, pachniało lipami i nadciągającą burzą.
A ona już wiedziała: nie spocznie, dopóki go nie znajdzie.
Nie spocznie, dopóki nie poczuje tego samego – tego samego zapachu, tego samego dotyku, tej samej fali, która rozrywa od środka.
Bo teraz już nie szukała przestępcy.
Szukała mężczyzny, który mógł ją złamać.
I złożyć na nowo.
Tylko lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz