Szukaj na tym blogu

8 lipca 2026

Anioł w białym garniturze

        2. Okna stołówki patrzyły na północ


        Tamtych kiosków na zewnątrz, kiedy tu przybyłem, jeszcze nie było. Dopiero gdy komuna zaczęła się sypać w gruzy, ktoś przedsiębiorczy postawił je w pośpiechu, jakby chciał złapać ostatnie okruchy dawnego świata. Na tej samej uliczce znajdował się też przystanek autobusowy. Z początku kursował tylko zakładowy autokar, dowożący ludzi do najbliższego miasta w sztywnym rytmie zmian. Później dołączyła komunikacja miejska – autobusy podjeżdżały rzadko, zawsze zsynchronizowane z czasem pracy w szklarniach. Docierały też te czerwone pekaesy z Warszawy, ale trzeba było nadłożyć kilkaset metrów pieszo w stronę osiedla bloków, gdzie betonowe wieżowce stały jak strażnicy nad całym tym krajobrazem.
        Okienko wydawania obiadów umieszczono dokładnie przy tym oknie, z którego roztaczał się cały widok. Tego dnia w stołówce było pusto. Zresztą zwykle tak bywało. Niewielu mieszkańców hotelu korzystało z posiłków – woleli gotować sobie w pokojach albo jeść na mieście. Na samym początku, gdy obiady były całkowicie za darmo, przychodziło tu znacznie więcej ludzi. Garnęli się do nich jak do ostatniej uczty, śmiejąc się głośno, wymieniając plotki. Lecz gdy wprowadzono opłaty, wszystko się zmieniło. Liczba chętnych stopniała jak śnieg wiosną. Siedziałem więc niemal sam, z parującym talerzem przed sobą, i słuchałem ciszy przerywanej tylko brzękiem sztućców gdzieś w głębi sali.
        – Ej, młody – odezwała się nagle kucharka, podchodząc z dzbankiem herbaty. – Znowu gapisz się w to okno jak na film. Co tam widzisz takiego ciekawego? Komosę i węgiel?
        Uśmiechnąłem się słabo, bo nie wiedziałem, jak jej wyjaśnić, że widzę cały swój strach przed tym miejscem. Że ta ogromna przestrzeń, te bramy, te legendy o schronie i te puste stoliki wokół mnie właśnie teraz, w tej chwili, uczą mnie, jak bardzo można być małym w wielkim świecie. I że mimo wszystko, wbrew wszystkiemu, nie zamierzam stąd uciec. Jeszcze nie.
        Siedziałem tam z pustym talerzem, a w głowie kołatała mi się jedna prosta myśl: niby nieduże pieniądze, ale ludzie przyzwyczaili się, że państwo karmi ich za darmo jak prosięta w chlewie. Wystarczyło wprowadzić symboliczną opłatę, a stołówka momentalnie opustoszała. Małżeństwa i pary, które dotąd przychodziły we dwoje, teraz smażyły jajecznicę na elektrycznej płytce w pokoju i udawały, że to smakuje lepiej niż kotlet schabowy z ziemniakami z wody. Ja byłem sam, więc rachunek wychodził prosty – nie opłacało mi się nawet rozpalać palnika. Zresztą i tak nie umiałem gotować nic poza makaronem z ketchupem i jajkiem na twardo, które i tak zawsze pękało w garnku.
        Ceny obiadów uznałem za uczciwe. Prawie nie zdążyłem skorzystać z tych darmowych miesięcy – przyszedłem późno, a zaraz potem wszystko się posypało. Komuna zwinęła manatki, rynek otworzył mordę i nagle za to samo danie trzeba było płacić już nie symboliczną złotówkę, tylko prawdziwe pieniądze z prawdziwej wypłaty.
        Tego dnia żar lał się z nieba jak roztopiona smoła. Dobrze, że okna stołówki patrzyły na północ – promienie nie miały jak wleźć do środka, więc powietrze było ciężkie, ale przynajmniej nie parzyło skóry. W moim pokoju na poddaszu robiło się jak w saunie fińskiej – prześcieradło lepiło się do pleców, koszulka do klatki, a w głowie huczało od gorąca. Tutaj dało się wytrzymać. Można było nawet pomyśleć, że jest chłodno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Anioł w białym garniturze

          4. Kiedy o niej myślę           Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w...