Szukaj na tym blogu

10 lipca 2026

Anioł w białym garniturze

        4. Kiedy o niej myślę


        Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w całej tej stołówce.
        Wziąłem głęboki oddech, poczułem, jak pot spływa mi po krzyżu, i ruszyłem w jej stronę. Serce waliło mi tak mocno, że bałem się, że usłyszy je przez cały lokal.
        – Cześć… można? – zapytałem cicho, wskazując krzesło naprzeciwko.
        Podniosła wzrok. Uśmiechnęła się kącikiem ust. Lekko, ale wystarczająco, żeby żołądek skręcił mi się w supeł.
        – Jasne. Siadaj.
        I usiadłem. Z kompotem, który nagle stał się nieważny, z rękami drżącymi minimalnie i z jedną myślą, która dudniła mi w skroniach:
        Kurwa, a jeśli to nie jest przypadek?
        Pary w tym hotelu zawiązywały się z prędkością błyskawicy. Jakby ktoś wcisnął guzik „start” i nagle wszyscy zaczęli biec w tym samym wyścigu. Najładniejsze dziewczyny znikały z rynku w ciągu kilku tygodni – najpierw spojrzenia, potem papierosy na korytarzu, potem noc w jednym łóżku, a potem już obrączka, brzuch i wózek z pieluchami. Wystarczyło mrugnąć, a dziewczyna, która wczoraj jeszcze śmiała się głośno przy stoliku z koleżankami, dziś chodziła z dłonią na wydatnym brzuchu i wzrokiem wbitym w podłogę. I wtedy kończyła się zabawa. Można było na nią patrzeć najwyżej ukradkiem, bo facet, który jeszcze niedawno sam gapił się na każdą spódnicę, nagle stawał się strażnikiem z pięściami gotowymi do lotu. Jeden fałszywy ruch wzrokiem i lądowałeś z rozkwaszonym nosem pod ścianą kotłowni.
        A potem przychodziła druga fala – ta cicha, rozpaczliwa. Dziewczyny, które kiedyś świeciły jak neony, teraz gasły. Przychodziły do mnie wieczorami, siadały na skraju łóżka i płakały. „On znowu się upił”, „Wyszedł wczoraj i nie wrócił”, „Myślisz, że mnie zostawi na zawsze?”. Słuchałem, kiwałem głową, podawałem chusteczkę, a w środku czułem dziwną mieszankę litości i podłego triumfu. Bo przecież mogłem być na jego miejscu. Gdyby tylko któraś z nich wybrała mnie zamiast tamtego pijaka albo cwaniaka, który obiecywał góry, a zostawiał tylko długi i siniaki.
        Sławek był chłopakiem Grażynki. Na samym początku mieszkaliśmy we trójkę w jednym pokoju – ja, Wiesiek, Sławek i Piotrek. Trzy wąskie łóżka, trzy szafki, jeden zardzewiały zlew i zapach męskiego potu zmieszany z tanim papierosem. Widziałem ich razem kilka razy – nigdy nie robili z tego wielkiego widowiska. Żadnego obmacywania na korytarzu, żadnego głośnego „kochanie”. Ale wiedziałem. Czuło się to w powietrzu – w tym, jak Sławek kładł dłoń na jej krzyżu, kiedy mijali mnie na schodach, w tym, jak ona czasem odwracała głowę i uśmiechała się tylko do niego. Nie chciałem więcej ryzykować.         Raz wystarczyło.
        Grażynka była inna. Piękna w taki sposób, że człowiek przestawał oddychać na sekundę. Świadoma tego, ale nie obcesowa. Po prostu wiedziała. Wiedziała, że wystarczy lekkie przechylenie głowy, żeby facet zapomniał, jak się nazywa. Ja nigdy nie zebrałem się na odwagę, żeby zagadać do niej naprawdę. Bałem się, że mój głos się załamie, że powiem coś głupiego, że ona się zaśmieje – nie złośliwie, ale właśnie tym śmiechem, który zostawia blizny.
        A jednak to nie ona siedziała teraz przede mną.
        Ela.
        Ela Fijałkowska.
        Imię i nazwisko brzmiało jak nazwa rzadkiego kwiatu, którego nikt nie umie hodować. Jak do tego doszło? Jakim cudem ta dziewczyna, która na początku była dla mnie tylko tłem, szarym cieniem obok olśniewającej Grażynki, weszła mi pod skórę tak głęboko, że nawet teraz, po latach, wciąż czuję ukłucie, kiedy o niej myślę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Anioł w białym garniturze

          4. Kiedy o niej myślę           Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w...