Szukaj na tym blogu

6 lipca 2026

Zapach rozkoszy

        100. Czego tak naprawdę pragnę?


        Patrzyła na niego wielkimi, wciąż pełnymi łez oczami – oszołomiona, sponiewierana, ale przepełniona taką wdzięcznością, jakiej nie potrafiła okazać nikomu innemu i nigdy w żaden inny sposób. To, co jej zrobił – brutalne, prymitywne, bezwzględne – było tak głębokie i obezwładniająco rozkoszne, że minęła długa chwila, zanim w ogóle zdołała złapać oddech i zacząć myśleć. Gardło wciąż paliło od gęstego nasienia, które połknęła do ostatniej kropli, usta bolały od rozciągnięcia, cipka pulsowała leniwie, jakby nie mogła uwierzyć, że to już koniec. Smak jego kutasa wciąż tkwił na języku – słony, metaliczny, jej własny – i to właśnie ten smak sprawił, że coś w niej pękło na dobre.
        Potem zaczęła się śmiać. Automatycznie. Bezwiednie. Cichy, chrapliwy chichot wydobywał się z jej gardła, sama do siebie, jakby ciało nie wiedziało, co innego zrobić z nadmiarem emocji, które właśnie zalały ją falą.
        – Kurwa… co to w ogóle było? – wyszeptała, wciąż drżąc na całym ciele. – O ja pierdolę… lot w kosmos to przy tym pestka. Chłopie, ty naprawdę nie jesteś człowiekiem.
        Patrzył na nią z góry – zimno, z lekkim politowaniem. Nie uśmiechał się. Twarz miał nieruchomą, oczy nieprzeniknione.
        – Wstań – powiedział krótko.
        – Co?
        – Wstań z tej posadzki. Masz pokaleczone kolana i dłonie.
        Spojrzała w dół, zaskoczona. Dopiero teraz poczuła pieczenie – otarcia na kolanach, drobne ranki na dłoniach, krew zmieszana z kurzem, z potem, z jego nasieniem, które wciąż spływało po wewnętrznej stronie ud. To wszystko powinno ją zaboleć. Powinno ją otrzeźwić. Zamiast tego tylko dolało kolejną kroplę do ognia, który wciąż tlił się w podbrzuszu.
        – Poważnie…? – mruknęła, jakby to była najdziwniejsza rzecz, jaką usłyszała tej nocy.
        – Ubierz się.
        Podał jej ubrania – bojówki i przemoczony T-shirt z napisem POLICJA, który teraz wyglądał jak żart z koszmaru. Kiedy wyciągnęła ręce po majtki i biustonosz, powstrzymał ją ruchem dłoni – szybkim, władczym.
        – Bez tego. To zostawiam dla siebie.
        Zabrał czerwoną koronkę i stanik, zwinął je niedbale i schował do kieszeni kurtki.            Gest tak prosty, tak naturalny, że aż ją zamurowało. Czuła się nagle naga w zupełnie inny sposób – nie tylko ciałem, ale duszą. Jakby właśnie oddała mu ostatnią cząstkę kontroli, którą jeszcze miała.
        Potem pomógł jej wstać – chwycił pod łokcie, podniósł delikatnie, ale stanowczo, postawił na chwiejnych nogach. Kolana uginały się pod nią jak z waty, uda ślizgały się od wilgoci, ale trzymał ją, dopóki nie złapała równowagi. Jego dłonie na jej skórze były teraz ciepłe, prawie troskliwe – kontrast tak ostry, że aż zakręciło jej się w głowie.
        – Chodźmy stąd – powiedział cicho. – To nie jest odpowiednie miejsce dla kobiety.
        Odprowadził ją do radiowozu. Szła powoli, krok po kroku, na miękkich, nieposłusznych nogach. Każdy ruch przypominał o tym, co się stało: o tym, jak był w niej, jak ją wypełniał, jak ją oznaczył. Otworzył drzwi kierowcy, pomógł jej wsiąść, zapiął pas – gest dziwnie troskliwy po tym wszystkim, jakby nagle przypomniał sobie, że jest człowiekiem. Wcisnął jej kluczyki w dłoń.
        – Wracaj do domu, policjantko. Jedź wolno. Jesteś jeszcze oszołomiona.
        Spojrzała na niego, oczy wciąż zamglone, głos drżący.
        – Czy kiedykolwiek jeszcze cię zobaczę?
        Dopiero teraz się uśmiechnął – cienko, tajemniczo, z czymś, co mogło być obietnicą albo groźbą.
        – Na pewno. Ale pamiętaj: przyjdziesz sama. Bez broni. Bez wsparcia. Tam, gdzie ci wskażę.
        Odruchowo przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik ożył miarowym, znajomo uspokajającym pomrukiem. Spojrzała na deskę rozdzielczą – tylko na ułamek sekundy, odruchowo, jak ktoś, kto próbuje wrócić do normalności. Kiedy znów odwróciła głowę w jego stronę, już go nie było.
        Tylko ciemność.
        Tylko noc nieprzenikniona.
        I ona – sama w radiowozie, z mokrymi udami, z gardłem pełnym jego smaku, z sercem walącym jak oszalałe.
        Zadała sobie w myślach pytania, na które nie znała odpowiedzi i wiedziała, że szybko ich nie znajdzie:
        Co to w ogóle było?
        Co teraz będzie ze mną?
        Jak sobie dam radę bez niego?
        Kim ja w ogóle jestem?
        Czego tak naprawdę pragnę?
        Włączyła światła, wrzuciła bieg i ruszyła powoli w stronę świateł miasta. W lusterku wstecznym odbijała się tylko pustka – ani śladu po nim, ani po tym, kim była jeszcze kilka godzin wcześniej.
        Wiedziała jedno: tamta Kinga – twarda, zasadnicza, zawsze w kontroli – już nigdy nie wróci.
        A nowa… nowa właśnie się budziła.
        I właśnie to ją najbardziej przerażało.
        I jednocześnie najbardziej pociągało.
        Bo gdzieś w głębi, pod warstwami wstydu i strachu, czuła, że to dopiero początek. Że on wróci. Że wezwie ją. Że przyjdzie tam, gdzie wskaże – bez broni, bez munduru, bez resztek dumy.
        I że zrobi to z uśmiechem na ustach.
        Bo już nigdy nie będzie chciała być kimkolwiek innym.


KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Anioł w białym garniturze

          4. Kiedy o niej myślę           Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w...