Szukaj na tym blogu

1 lipca 2026

Zapach rozkoszy

        95. Jestem tanią kurwą


        Alex wyczuł ten moment idealnie – ten ułamek sekundy, w którym jej ciało przestało walczyć, a zaczęło błagać. Przechylił się lekko do tyłu, wygiął plecy w mocny łuk, mięśnie brzucha napięły się jak stalowe linki. Chwycił ją za pośladki – palce wbiły się głęboko w miękkie, drżące mięso, zostawiając czerwone ślady – i uniósł całe jej ciało jeszcze wyżej, jakby ważyła tyle co mokra chusteczka.
        Zmusił ją, żeby położyła się na nim piersią do piersi, brzuchem do brzucha. Jej sutki, twarde i obolałe, ocierały się o jego skórę przy każdym oddechu. Podtrzymywał ją cały czas za tyłek, szerokimi dłońmi, i zaczął unosić i opuszczać jej biodra w powolnym, niemal leniwym rytmie – ale za to bardzo, bardzo głębokim.
        Za każdym opuszczeniem wbijał się w nią po samą nasadę. Czubek jego kutasa uderzał w najczulsze, najgłębsze miejsca – tam, gdzie szyjka macicy spotyka się z nerwami, które sprawiają, że kobieta traci rozum. Każde pchnięcie wysyłało przez jej ciało falę gorącej lawy: od cipki, przez podbrzusze, w górę kręgosłupa, aż do czubka głowy. Kinga jęczała głośno, bezwstydnie, gardłowo – dźwięki wydobywały się z niej same, niekontrolowane, półkrzyki pomieszane z westchnieniami, coś pomiędzy błaganiem a czystym, zwierzęcym zachwytem.
        Jej mięśnie brzucha i ud zaciskały się rytmicznie, biodra próbowały przyspieszyć, szarpały się w górę i w dół, choć to on wciąż dyktował tempo. Nogi dyndały bezwładnie w powietrzu, palce stóp zaciskały się i rozluźniały w bezsensownym rytmie. Ręce kurczowo wczepione w jego ramiona – paznokcie wbite w skórę, zostawiające czerwone półksiężyce.
        Wtedy przyszedł wytrysk.
        Gwałtowny. Obfity. Gorący.
        Gęste, lepkie strumienie nasienia wystrzeliły w nią z taką siłą, że poczuła każdy z osobna – jak gorące pociski trafiające w najgłębsze zakamarki. Fala za falą wypełniały ją po brzegi, szybko, mocno, jakby specjalnie wyliczone, żeby maksymalnie nasycić jej wnętrze feromonami i zapachem. Czuła, jak jej cipka robi się jeszcze gorętsza, jeszcze bardziej śliska, przepełniona do granic. Ścianki pochwy zaciskały się spazmatycznie wokół niego, próbując zatrzymać każdy strumień, wciągnąć go głębiej.
        – O Boże… jak mi dobrze… – wyszeptała drżącym, prawie płaczącym głosem. – Jak cudownie… wypełnij mnie… proszę, wypełnij mnie swoim nasieniem… chcę je czuć wszędzie… o tak, Alex, tryśnij we mnie jeszcze… jeszcze… całe życie marzyłam o takim kutasie… jesteś boski…
        On nie zwolnił.
        Nadal unosił ją i opuszczał w tym samym spokojnym, bezlitosnym tempie. Gęste, białe nasienie, wypełniwszy ją całkowicie, zaczęło wyciekać przy każdym ruchu – lepkie strużki spływały po jej udach, po jego jajach, kapały powoli na zimny beton, tworząc małe, lśniące kałuże w bladym świetle porzuconej latarki. Każda kropla lądowała z cichym, mokrym plaśnięciem.
        – I co, ty tania dziwko? – rzucił zimno, z nutą pogardy, która jednocześnie wbijała się w nią jak haczyk i rozpalała jeszcze mocniej. – Lubisz to. Potrzebujesz tego. Potrzebujesz porządnego kutasa, żeby przestać udawać twardą sukę. Bez niego nie możesz żyć. Nie okłamuj się, sprzedajna kurwo.
        Kinga trzęsła się jak w febrze.
        Całe ciało dygotało, mięśnie pochwy zaciskały się spazmatycznie wokół wciąż twardego trzonu, nogi drżały bezwładnie w powietrzu, ręce ślizgały się po jego ramionach, paznokcie orały skórę.
        – O tak, Alex… jestem tanią kurwą… – wyszeptała bez tchu, głos załamywał się na każdym słowie. – Potrzebuję twojego wielkiego kutasa… ruchaj mnie… nie przerywaj, bo zwariuję… ruchaj mnie mocno… tak mocno, aż nie będę mogła chodzić… aż będę czuć cię w sobie przez cały tydzień…
        Jej słowa przeszły w cichy, żałosny szloch rozkoszy – nie płacz bólu, tylko płacz kogoś, kto właśnie dotarł do samego dna i odkrył, że tam jest najbezpieczniej.
        Nie miała już nic do stracenia.
        Nie chciała już niczego innego.
        Wisiała na nim – nabita, przepełniona, drżąca, z jego nasieniem wciąż wyciekającym z niej ciepłymi strużkami – i po raz pierwszy od bardzo dawna nie czuła się jak policjantka, która coś spieprzyła.
        Czuła się jak kobieta, która w końcu dostała dokładnie to, na co czekała całe życie.
        I wiedziała, że to jeszcze nie koniec.
        Bo on wciąż się nie spieszył.
        A ona już nigdy nie chciała, żeby się spieszył.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Anioł w białym garniturze

          4. Kiedy o niej myślę           Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w...