97. Płakała z ulgi
Kiedy już była pewna, że teraz ją weźmie na serio, że doprowadzi to do końca, że w końcu da jej to, o co błagała całym ciałem, on po prostu wysunął się z niej. Powoli. Bezwiednie. Jakby nigdy nic. Czubek jego kutasa opuścił jej wnętrze z cichym, mokrym plaśnięciem, a pustka, która po nim została, była tak nagła i bolesna, że aż zabrakło jej tchu.
W duchu krzyczała: nie odchodź, nie zostawiaj mnie teraz, błagam, nie rób mi tego znowu. Ale usta miała zaciśnięte, bo bała się, że jeśli otworzy, to zacznie błagać na głos, a to byłoby już zbyt upokarzające nawet dla niej samej w tej chwili.
On czekał.
Nie ruszał się. Nie spieszył. Stał tam, nieruchomy, jakby miał całą noc, cały tydzień, całe życie. Cisza gęstniała z każdą sekundą, ciężka, lepka, wypełniona tylko ich oddechami i odległym kapaniem wody gdzieś w ruinach. Kinga nie drgnęła nawet o milimetr. Bała się zmienić pozycję. Bała się, że jeśli się poruszy, jeśli choćby drgnie biodrami, on uzna to za słabość i naprawdę odejdzie. Stała więc jak posąg – wypięta, rozstawiona, z cipką wciąż otwartą, pulsującą, ociekającą mieszanką ich soków, wystawioną na chłód nocy i na jego wzrok.
W końcu poczuła go znowu. Stanął dokładnie za nią, między szeroko rozstawionymi nogami, tak blisko, że ciepło jego ciała owiewało jej pośladki. W gęstym, niemal namacalnym mroku, rozjaśnionym tylko wąskim, żółtawym snopem światła z leżącej na betonie latarki, nie widziała go wyraźnie. Ale czuła wszystko: napięte mięśnie jego ud muskające jej skórę, ciężar jego ciała tuż za nią, powolny, świadomy ruch dłoni, która objęła jego grubego, wciąż twardego kutasa u nasady i lekko go wygięła w dół.
Nie wszedł od razu. Nie dał jej tego, o co błagała.
Zamiast tego chwycił się w połowie długości i – leniwie, z okrutną precyzją – zaczął uderzać samym czubkiem w jej nabrzmiałą, mokrą szparkę. Raz. Drugi. Trzeci. Lekko. Drażniąco. Wystarczająco mocno, żeby każdy kontakt wysyłał przez jej ciało falę elektryzującej rozkoszy pomieszanej z palącą frustracją. Główka jego penisa – wielka, twarda jak stal, nabrzmiała – obijała się o wystające płatki jej warg sromowych, o łechtaczkę, o wejście do pochwy, ale nigdy nie wchodziła głębiej. Tylko drażniła. Tylko przypominała.
Mruknął cicho, głosem niskim, jakby mówił bardziej do siebie niż do niej.
– Wiesz co… mógłbym teraz po prostu zniknąć. Rozpłynąć się w tym mroku i zostawić cię tutaj samą. Z twoim pożądaniem. Z tą mokrą, drżącą cipką, która już nigdy nie dostanie tego, czego tak bardzo chce. Mógłbym to zrobić, bo dostałem już to, po co przyszedłem… ale widzę, że jesteś inna…
Lodowaty strach ścisnął jej serce tak mocno, że na moment przestała oddychać.
„Nie” – pomyślała. „Nie rób tego. Nie znowu. Nie zostawiaj mnie w tym piekle”.
– Boże, Alex… o czym ty mówisz? – wyszeptała drżącym głosem, niemal płacząc. – Nie zostawiaj mnie, proszę… błagam… potrzebuję twojego kutasa. Moja cipka go potrzebuje. Potrzebuję twojej spermy wewnątrz… proszę…
On nadal bawił się sobą. Trzymając penisa w połowie, leniwie uderzał twardym łbem w jej wystające, nabrzmiałe wargi. Za każdym takim kontaktem Kinga wydawała z siebie przejmujący, wysoki jęk – jakby to bolało, choć oboje wiedzieli, że to nie ból. To była czysta, nie do zniesienia rozkosz podszyta rozpaczą.
– Alex, ty skurwysynu… nie baw się ze mną… wsadź mi go wreszcie! – wyrzuciła z siebie, głos załamał się na granicy szlochu.
Wtedy poczuła tylko, jak czubek delikatnie rozchyla jej płatki – ledwie na moment, na ułamek sekundy – a zaraz potem błyskawiczne, ostre, bezlitosne pchnięcie. Wszedł w nią jednym ruchem, po same jaja, głęboko, brutalnie, wypełniając ją całą tak nagle, że powietrze wyrwało się z jej płuc z głośnym, zduszonym westchnieniem. Jakby to był jej ostatni oddech.
Całe ciało napięło się jak struna, mięśnie pochwy zacisnęły się wokół niego w spazmatycznym skurczu, a potem nagle, gwałtownie rozluźniły. Z jej oczu popłynęły łzy – gorące, słone, same z siebie, spływając po policzkach w ciemności. Nie płakała z bólu. Płakała z ulgi. Z wdzięczności. Z czystej, zwierzęcej potrzeby.
Alex chwycił ją wtedy za włosy – mocno, boleśnie, palce wplotły się głęboko w jej czuprynę. Pociągnął głowę do tyłu, zmuszając, żeby odwróciła twarz w jego stronę.
– Patrz na mnie, dziwko – warknął cicho, ale bardzo wyraźnie. – Patrz! I co… wciąż jesteś taką twardą, bezkompromisową policjantką? Czy jesteś w stanie to wszystko znieść? Czy dasz radę przyjąć wszystko, co ci dam?
Jej oczy – zamglone łzami, źrenice rozszerzone do granic – napotkały jego spojrzenie w półmroku. Nie odpowiedziała słowami. Tylko skinęła głową – drobno, desperacko – a potem wyszeptała ochryple, głosem, który brzmiał już obco nawet dla niej samej:
– Tak… wszystko… daj mi wszystko…
I w tym momencie zrozumiała, że nie ma już odwrotu.
Że nie chce odwrotu.
Że to, co się teraz zacznie, będzie trwało tak długo, aż nie zostanie z niej nic oprócz tej jednej, palącej potrzeby – być brać, być wypełniać, być niszczoną i odbudowywaną na nowo jego rękami, jego ciałem, jego wolą.
I że ona właśnie na to czekała przez całe życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz