15. Już sobie przypomniałam
Dopiero po dłuższej chwili wycofuje dłoń. Powoli, nie gwałtownie, ale zdecydowanie. Palce wysuwają się spod moich jak woda spływająca z dłoni. Spuszcza wzrok, rumieniec wpełza jej na policzki.
– Chyba już sobie pójdę – mówi cicho, zbierając się w sobie. – Co ludzie powiedzą? Chyba nie powinnam tak tutaj z tobą rozmawiać. Nie znam cię. Nie wiem, kim jesteś. Mówisz jakoś dziwnie i zachowujesz się dziwnie.
Zatrzymuję ją ruchem ręki – nie dotykam, tylko unoszę dłoń otwartą wewnętrzną stroną do góry, jakbym chciał powiedzieć: jeszcze chwilę.
– Posłuchaj mnie, Elu. Masz brata Romana, prawda? Masz też młodszą siostrę Olę, która jest chora na schizofrenię. Zgadza się?
Zastyga. Cała. Szeroko otwarte oczy, usta lekko rozchylone. Wyciera wargi chusteczką, jakby nagle poczuła, że ma na nich resztki obiadu. Potem wstaje. Powoli, sztywno, jak ktoś, kto boi się zrobić gwałtowny ruch.
– Naprawdę już powinnam iść. Mam mnóstwo pracy. Przepraszam.
Typowa wymówka. Klasyczna ucieczka w ostatniej chwili, kiedy czuje, że grunt zaczyna się osuwać, że coś naprawdę ważnego może właśnie wejść do jej życia i zmienić je na zawsze. Kręcę tylko głową.
– Nieprawda. Nigdzie nie musisz iść. Nie masz dziś nic pilnego do roboty. Twoja koleżanka Grażynka bezpośrednio po pracy pojechała do domu. Jesteś sama w pokoju.
Wydaje mi się, że nie powinnaś dziś być sama. To nie jest twój najlepszy dzień.
Powinnaś mieć towarzystwo.
Trafiam w dziesiątkę. Widzę to w jej oczach – nagle pojawiają się w nich iskry zadziorności, buńczuczności, czystej wojowniczości. Lśnią jak dwa małe jeziora w słońcu. Wygląda jeszcze piękniej niż przed chwilą. Jeszcze młodziej. Jeszcze bardziej uroczo i czarująco. A jednocześnie krucha jak szkło, które zaraz pęknie. Bo właśnie tego dnia, przed laty, miała pierwszy epizod. Właśnie tego dnia próbowała odebrać sobie życie. Pamiętam szpitalny korytarz, zapach dezynfekcji, jej matkę siedzącą na plastikowym krześle i powtarzającą w kółko: „dlaczego mi nic nie powiedziała”.
– Posłuchaj, co ty o mnie wiesz?! Nic o mnie nie wiesz! Śledzisz mnie? Zostaw mnie w spokoju. Rozumiesz, zostaw mnie w spokoju! – unosi głos, aż kilka głów przy sąsiednich stolikach odwraca się w naszą stronę.
Nie spieszę się. Kończę ostatni kęs ziemniaków. Popijam resztką kompotu, który zdążył już zupełnie wystygnąć. Wycieram usta papierową serwetką. Wstaję powoli.
Wiem, że muszę zagrać ostrzej. Inaczej mi się wywinie. Ucieknie. Jak zawsze.
– Oczywiście możesz teraz uciec. Uciekaj. No już. Nie będę cię gonił. Uciekaj jak zawsze, na koniec świata. Pamiętaj tylko, że przed samą sobą nie uciekniesz. Zawsze będziesz musiała sobie towarzyszyć, niezależnie od tego, gdzie będziesz. Jestem jedyną osobą, która może ci teraz pomóc.
Poskutkowało.
Zastyga z ręką na oparciu krzesła. Oddycha szybko, pierś unosi się i opada pod cienką bluzką w kwiatki.
– Jesteś sam? – pyta cicho, prawie szeptem.
Kiwam głową.
– Masz kapuczino?
– Mam.
– Przyniosę jakieś ciastka.
– Dobrze. Będę czekał.
– Ogarnę się i do ciebie przyjdę. Już sobie przypomniałam. Pokój 307, tak?
– Tak.
KONIEC