Szukaj na tym blogu

9 lipca 2026

Anioł w białym garniturze

        3. Ta druga


        W środku panowała dziwna, lepka cisza. Ludzie jedli wolniej niż zwykle, jakby każdy kęs ważył więcej. Ja czułem się wciąż nowy, choć minęło już kilka miesięcy. Aklimatyzacja szła mi jak krowie na rowie – zawsze tak miałem. Znałem tylko garstkę osób: kilku chłopaków z hali, jedną księgową, która czasem puszczała do mnie oko, i paru traktorzystów, którzy pachnieli ropą i tytoniem. Tego popołudnia stoliki były zaskakująco pełne. Jak na tę stołówkę – tłum.
        Zjadłem, oddałem talerze, wytarłem usta serwetką w kratkę i postanowiłem wziąć jeszcze kompot. Rabarbarowo-truskawkowy, mocno rozcieńczony, o smaku bladej różowej wody, ale zimny i mokry – po całym upalnym dniu w szklarniach człowiek brałby nawet letnią kałużę. Pochyliłem się nad okienkiem.
        – Kompot poproszę. Duży.
        Kobieta za szybą kiwnęła głową, nalała, podała mi szklankę ociekającą kondensacją. Wyprostowałem się, odwróciłem i zobaczyłem, że moje miejsce już zajęte. Dwóch facetów w spranych drelichach, szerokie plecy, ręce jak bochny chleba.
        Jasny gwint, jeszcze tego brakowało – pomyślałem i poczułem, jak złość ściska mi żołądek.
        Stałem tak z kompotem w dłoni i rozglądałem się bezradnie. Chłopaki, których znałem, siedzieli w ścisku przy jednym stole – piąty by się nie zmieścił. Pozostali goście to głównie wieśniacy z okolicznych wiosek: koszule w kratę, ręce czarne od ziemi, zapach potu zmieszany z obornikiem i resztkami siana. Wiedziałem, że nie mam z nimi o czym rozmawiać. Oni gadaliby o krowach, o cenach nawozów, o tym, że „ten nowy dyrektor to chuj wie co”, a ja siedziałbym z głupim uśmiechem i kiwał głową jak drewniany kogut.
Wtedy ją zobaczyłem.
        Siedziała sama przy stoliku pod oknem, plecami do mnie, ale poznałem natychmiast te proste, jasne włosy opadające na ramiona i ten sposób, w jaki trzyma łyżkę – delikatnie, jakby bała się, że talerz się obrazi. Nie Grażynka. Ta druga. Ta, która mieszka z Grażynką.
        Serce zabiło mi mocniej, jakby ktoś nagle docisnął pedał gazu.
Grażynka… cholera, Grażynka. Niska, filigranowa, blond włosy zawsze idealnie proste, oczy zielone jak młode zboże po deszczu. Mieszkała dwa pokoje dalej. Poznałem ją dzięki kumplom – sam nigdy bym nie zebrał się na odwagę, żeby zagadać do takiej dziewczyny. Bałem się ładnych kobiet jak diabeł święconej wody, a jednocześnie marzyłem o nich każdej nocy. O niej szczególnie.
        Wyobrażałem ją sobie setki razy. Naga, z tymi drobnymi piersiami, które rysowały się pod koszulką, kiedy przechylała się po papierosa. Z nogami rozłożonymi na moim łóżku, z wilgotną cipką błyszczącą w półmroku, z ustami otwartymi w cichym jęku, kiedy wchodziłem w nią powoli, centymetr po centymetrze. Zawsze kończyło się tak samo – budziłem się z mokrą plamą na slipach i poczuciem winy, bo wiedziałem, że ma kogoś. Raz jej chłopak przyłapał mnie, jak za długo na nią patrzyłem na korytarzu. Podszedł blisko, aż poczułem zapach piwa w jego oddechu.
        – Jeszcze raz tak na nią spojrzysz, to ci ryj rozjebię – powiedział cicho, prawie przyjacielsko.
        I chociaż się bałem, to jednocześnie czułem dreszcz podniecenia. Jakby groźba tylko dolewała oliwy do ognia.
        A teraz siedziała tu jej współlokatorka. Ta druga. Nie pamiętałem imienia, ale pamiętałem, jak wygląda. Trochę wyższa od Grażynki, ciemniejsze włosy związane w luźny kucyk, usta pełne, zawsze lekko błyszczące, jakby dopiero co je oblizała. Raz czy dwa razy wymieniłem z nią spojrzenia na korytarzu – szybkie, palące, takie, po których krew od razu leci w dół brzucha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Anioł w białym garniturze

          4. Kiedy o niej myślę           Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w...