5. A teraz wiem
Stałem przed jej stolikiem z tą cholerną szklanką kompotu, który zdążył już zrobić się letni, i próbowałem poskładać w głowie wszystko, co o niej wiedziałem.
Była ładna. Tak. Ale nie w taki sposób, żeby padać na kolana. Twarz harmonijna, regularna, oczy szare jak listopadowe niebo, usta pełne, ale nie wydatne. Włosy ciemne, zawsze związane w luźny kucyk, jakby nie chciała poświęcać im zbyt wiele uwagi. Na policzkach i brodzie kilka drobnych pryszczy – nawet w wieku dwudziestu paru lat walczyła z nimi jak z upartym wrogiem. Próbowała je maskować pudrem, ale ja i tak je widziałem. Zawsze widziałem takie rzeczy. Zbyt długo patrzyłem na ludzi, żeby nie zauważać niedoskonałości.
W duecie z Grażynką zawsze była tą drugą. Tą, która stoi pół kroku z tyłu. Grażynka – filigranowa, jasna, promienna. Ela – ciemniejsza, cichsza, jakby celowo przygasała, żeby tamta mogła jaśniej błyszczeć. A jednak w tym tłumie ludzi, w tej stołówce pachnącej kapustą i potem, nagle zobaczyłem ją naprawdę.
Nie była Grażynką. Nigdy nie będzie.
Ale to właśnie w niej zakochałem się później tak mocno, że bolało aż do kości.
Spojrzała na mnie znowu. Tym razem dłużej.
– No siadaj wreszcie – powiedziała cicho, z lekkim uśmiechem w kącikach ust. – Bo zaraz kompot ci wyparuje.
Usiadłem. Powoli, jakby krzesło mogło się rozpaść pod moim ciężarem.
Postawiłem szklankę na blacie. Dłonie miałem wilgotne.
– Przepraszam, że tak długo – mruknąłem.
– Długo? – uniosła brew. – Myślałam, że zaraz uciekniesz.
– Chciałem. Ale nogi mi się nie słuchały.
Zaśmiała się krótko, prawie bezgłośnie. Ten śmiech był inny niż Grażynki. Cichszy.
Bardziej intymny. Jakby przeznaczony tylko dla jednej osoby.
– To dobrze – powiedziała. – Bo ja akurat nie lubię jeść sama.
Patrzyłem na nią i czułem, jak coś we mnie pęka. Coś, co przez cały ten czas trzymałem na uwięzi.
Przeszłość i teraźniejszość nagle stały się tą samą chwilą.
Jej palce musnęły krawędź talerza.
Moje serce waliło jak oszalałe.
I wiedziałem już, że nie ma odwrotu.
Nie tym razem.
Zacznijmy od teraz. Od tej jednej, jedynej chwili, w której czas przestał być linią, a stał się mokrą, drżącą plamą na dłoni.
Stoję przy tym samym okienku wydawczym, z tą samą szklanką letniego kompotu rabarbarowo-truskawkowego w palcach, które nagle wydają mi się obce – zbyt duże, zbyt szorstkie, zbyt świadome tego, co dopiero nadejdzie. Trzydzieści lat doświadczeń, zmarszczek, porażek, cudzych ust na mojej skórze, cudzych krzyków w nocy – wszystko to siedzi we mnie jak dodatkowy kręgosłup. A jednocześnie jestem tamtym chłopakiem: serce dudni jak oszalały bęben, kolana miękkie, w głowie chaos i jedna paląca myśl – teraz albo nigdy.
Bach.
Nie było huku, nie było wiru, nie było efektów specjalnych jak w tanich filmach. Po prostu mrugnąłem i już nie byłem sobą z 2026 roku, który palił trzeciego papierosa przy oknie bloku na Pradze-Północ i patrzył na ekran telefonu z jej starym zdjęciem z legitymacji. Byłem tu. W peerelowskiej stołówce pachnącej kapustą, smalcem i mokrym betonem. W ciele dwudziestokilkuletniego Kacpra, który jeszcze nie wie, że za kilka miesięcy Ela Fijałkowska pocałuje go pierwszy raz w piwnicy pod biurowcem, tuż obok stalowych drzwi schronu. Który jeszcze nie wie, że potem będzie płakał w aucie na parkingu pod blokiem, kiedy ona powie „to już koniec”. Który jeszcze nie wie, że przez następne trzy dekady będzie wracał do niej w snach tak często, że czasem budził się z mokrą poduszką i przeklinał własne serce.
A teraz wiem.
Wiem wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz