Szukaj na tym blogu

2025-03-31

Ostatnie wakacje.

473. Tego procesu nie da się już cofnąć.


Była gotowa. Uśmiechnęła się gorąco, a ja już czułem zapach jej mokrej, podnieconej cipki. Doskonale wiedziała, że ją wyrucham. Nie miała wątpliwości, że zerżnę ją jak dziką sukę na tym wyschniętym pastwisku, ale bawiło ją to co niemiara. Bawiło ją wyprowadzenie mnie z równowagi. Bawiło ją, kiedy czułem się zakłopotany. Jej nietypowy wygląd był przyczyną mojej niepewności. Ta dziewczyna była taka piękna, tak bardzo inna, że kręciło mi się  głowie. Nie wiem, może po prostu była w moim typie.

Zmarszczyła brwi.

– No i co tak stoisz?! Natychmiast go schowaj!  

Nie ruszyłem się nawet o milimetr, wiedziałem, że go nie schowam. 

– To już nie jest możliwe, – powiedziałem, – Nie w tej chwili. 

– Co ty wygadujesz?! Schowaj go natychmiast!

– Nie mogę. Tego procesu nie da się już cofnąć. 

– Boże, ale on jest wielki! – westchnęła, – Proszę schowaj go.

– Nie, Isabella. To poszło stanowczo za daleko. Teraz, po tym wszystkim muszę cię przelecieć. 

– Och, co ty mówisz?! Nie.

– Tak. To musi się stać właśnie tutaj, na tym pustkowiu, na tej wyschniętej, gorącej łące. Muszę cię wyruchać. 

Zrobiła wielkie oczy. 

–Co???

Czułem się, jakbym miał brać udział w jakiś spektaklu, ale chciałem, aby to się stało. Swoim zachowaniem zdawała się mówić, abym właśnie to zrobił, abym wziął ją w objęcia, przycisnął mocno do siebie, wziął w dłonie jej niewielkie piersi i wymęczył je.

Zaraz później przykucnęła na płaskim kamieniu, który znajdował się tuż obok niej i rozkładając ramiona, aby utrzymywać równowagę, spojrzała na mnie zalotnie. Młoda naga i dzika, aż prosiła się o to aby wsadzić mojego wielkiego chuja w jej ciasną, wilgotną cipkę. Jakiś nieokiełznany żywioł tkwił w tej młodej dziewczynie, jakaś tajemnica, coś, czego nie dało się do końca określić. Ten gest z jej strony, to zachowanie nie byłoby szczególnie dziwne, gdyby nie to, że ona sama była kompletnie naga. Patrzyła na mnie spod opuszczonych brwi, uśmiechała się i kazała mi się ubrać. 

Patrzyłem na nią i podziwiałem, jak bardzo jest szczupła i zgrabna, jak pięknie się prezentuje na tym kawałku głazu. Już czułem, jak mój spragniony penis wciska się między jej uda, jak próbuje penetrować jej zakamarki. To było niezwykłe i bardzo podniecające. 

Zabawa trwała. Ona niczym się nie przejmowała i próbowała podniecić mnie jeszcze bardziej. Nie wiem, czego się spodziewała, ale nic dobrego nie mogło  tego wyniknąć, chociaż, zależy jak na to patrzeć. Tak czy inaczej zapowiadał się fajny seks, fajny i gorący, bo nie było wiadomo, co ta młoda laska może mi jeszcze zaserwować. 

Usiadła na tym płaskim, nagrzanym od słońca, kamieniu niczym na stołku i odchyliła się do tył. Przy okazji bardzo szeroko rozchyliła swoje zgrabne nogi i pokazała mi wszystko, co posiada wszystko, co mia w swoim arsenale uwodzenia. Była naprawdę piękna. Jej egzotyczna uroda rzucała się w oczy. Czarne długie włosy ciemna oprawa oczu i ciemna opalona karnacja skóry — to cechy, których nie dało się ukryć albo nie zauważyć. Na dodatek jej szeroko rozchylone uda sprawiały, że ta cudownie owłosiona, naturalna cipeczka wydawała się jeszcze bardziej atrakcyjna. 

Przyglądałem się jej i nie mogłem wyjść z podziwu. To było po prostu prawdziwe cudo, dzieło samego stwórcy. Jej cipka rozchylała się w absolutnie oszałamiający sposób. Wysoki wzgórek dzielił się teraz na dwie części, a z wewnątrz wysuwały się ciemne, wąskie płatki. Były, mimo swoich skromnych rozmiarów, napęczniałe i delikatnie pomarszczone. Wianuszek czarnych, kręconych włosów łonowych sprawiał, że moje serce biło tak mocno, że miałem wrażenie, iż za chwilę wyskoczy mi z piersi. Nie patrzyła teraz na mnie, ale wiedziała, że ja patrzę i to jej wystarczało. Ekscytowała się tym. Prawdopodobnie czekała i zastanawiała się, ile zdołam jeszcze wytrzymać. Tak jakby mówiła: zobacz, jaką mam fajną cipkę, na pewno chciałbyś mnie teraz wyruchać, ale nic z tego kolego.

2025-03-30

Ostatnie wakacje.

472. Możesz tylko patrzeć.


Później się przeciągnęła. Zrobiła to niedbale i powoli. Zwrócona twarzą w stronę słońca, przymknęła powieki. Jedną dłonią oparła się na wyschniętej trawie, a drugą zalotnie założyła za głowę. Przy okazji wypięta w moją stronę swoje niewielkie, ale jędrne i sterczące piersi. Wystawiła na mój pożądliwy wzrok rozległy, choć niezbyt gęsty zarost uroczej cipeczki. Byłem pod wrażeniem, podziwiałem niezwykłą gładkość jej skóry, delikatnie wypukły brzuch i głęboko osadzony pępk. Drżałem na całym ciele, podniecając się coraz bardziej. Czułem, jak mój penis szybko pęcznieje, jak robi się twardy i niczym skała i próbuje wydostać się spod ciasnych polipów. To było niesamowite, wiedziałem, że ta chwila już jest blisko, ale wciąż czekałem w niepewności na to co się stanie. 

W pewnym momencie nie wytrzymałem i odezwałem się:

- Jesteś nieprzyzwoita, nie możesz się tak zachowywać. 

Uśmiechnęła się jeszcze cieplej i odrzekła:

– A dlaczego? Przecież ja nic nie robię.

– Och robisz, robisz. 

– Tak, a co?

– Prowokujesz mnie. Wiem, do czego zmierzasz. 

– Tak? Naprawdę?

Wciąż miała przymknięte powieki, ale jej twarz drżała w ledwie widocznym uśmiechu. Wbrew temu że czego można byłoby się spodziewać, to wcale nie miał być jeszcze koniec tej, niezwykle ekscytującej, zabawy. 

Zaraz później Isabella ustawiła się na czworakach tyłem do mnie. To nie był przypadek, zrobiła to specjalnie. Chciała pokazać mi wszystkie swoje cudowności z tej perspektywy. Reagowałem odruchowo. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Patrzyłem jak zahipnotyzowany na jej pośladki. Choć ciemne w karnacji były dużo jaśniejsze od reszty ciała. Można było dostrzec wyraźne różnice w kolorze opalenizny. Szokowała coraz bardziej. 

Najcenniejszą częścią jej kuperka, chodź tam na pewno nie sięgało słońce, było pionowe cięcie między pośladkami oraz okolice kakaowego oczka, a także, pokryty rzadkim futerkiem, wzgórek łonowy. Dopiero teraz mogłem dostrzec słabo zarysowane, zwinięte płatki jej różyczki. 

Jej piersi, opadając pod własnym ciężarem, utworzyły idealne stożki. Czułem, że brakuje mi powietrza. Jej cycki wyglądały niczym dwie przerośnięte krosty. Przez moje ciało przeszły intensywne fale gorąca. Coraz trudniej było mi panować nad sobą. Mój penis potrzebował natychmiastowego zaspokojenia. Czułem intensywne podniecenie i wiedziałem, że muszę rozładować wciąż narastające napięcie. Po mojej głowie krążyły różne myśli. Zastanawiałem się nad tym, czy nie ściągnąć spodni i nie wykorzystać jej w tej właśnie pozycji. Niewiele brakowało, aby do tego doszło. Byłem już gotowy, mój zaganiacz był sztywny i twardy jak skała. Wystarczyło rozpiąć rozporek, wyjąć go, przymierzyć się i pchnąć. Wysiłek żaden, a jaka przyjemność! Ciasna cipka wystawiona wprost na mojego ptaka – trudno było z tego zrezygnować.  

Isabella czekała i niczym się nie przejmowała. Czekała na mnie, czekała na mojego koguta, czekała na porządne ruchanie, a ja… zgłupiałam. Nie wiedziałem, jak się zachować. Skołowała mnie całkowicie. 

– Julian, ty dobrze wiesz, że nie możesz mnie dotknąć. 

– Nie mogę, a dlaczego?

– Nie możesz, tak po prostu. 

– Naprawdę? 

– Możesz tylko patrzeć.  Takie są zasady. 

– Zasady mówisz? A kto je ustalał?

– Ja, hehehe…

Wiedziałem, że mówi to po to, aby mnie sprowokować, abym właśnie taką decyzję podjął. Czy mogłem zachować się inaczej? Jej słowa jeszcze bardziej podgrzały i, tak już gorącą, atmosferę. 

Moja reakcja była natychmiastowa i spontaniczna. Nim się spostrzegłem, mój kutas już był na wierzchu gotowy do działania, sztywny i gruby jak nigdy wcześniej, a ona udawała, że się wystraszyła.

– Och Julian, co ty robisz?! Przecież wiesz, że ci nie wolno. 

Stałem tak przed nią z gołym ptakiem, a ona patrzyła na niego coraz większym pożądaniem. 

– Tak? A czego mi nie wolno?

Wskazała palcem na mojego penisa i powiedziała:

– On powinien zostać w twoich spodniach. Schowaj go. Szybko! 

2025-03-29

Ostatnie wakacje.

471. To wszystko było prowokacją.


Nie potrafiłem odpowiedzieć. Słowa utknęły w moich ustach, jakby cała moja istota została zatrzymana w tej chwili, w tym jednym, nieoczekiwanym spotkaniu. I wtedy zrozumiałem – za późno, bo już nigdy nie będziemy mogli się cofnąć, już nigdy nie wrócimy do tego, co było przedtem. Byliśmy na krawędzi czegoś nieodwracalnego.

Podczas całej tej wymiany zdań nie zmieniła pozycji i mogłem bez przeszkód patrzeć tam, gdzie, jej zdaniem, nie powinienem patrzeć. Wbrew temu, co mówiła, zachowywała się prowokacyjnie. Wciąż trzymała się za kolano i, moim zdaniem, jeszcze bardziej podciągnęła je pod brodę, jeszcze szerzej rozchylając uda, aby jeszcze bardziej wyeksponować swoje gniazdko miłości. Ciemne kędzierzawe futerko rzadko pokrywało dość mocno wypiętrzony wzgórek, a ja patrzyłem tam jak zahipnotyzowany. 

Nie dało się już zaprzeczyć, że to wszystko było prowokacją. Poza tym robiła to w taki sposób, że byłem bezradny wobec jej zapędów. Ta dziewczyna była niesamowita, zawładnęła mną całkowicie – nie tylko moim ciałem, ale i duszą.

Patrzyłem na nią i nie mogłem oderwać wzroku. Była niezwykle szczupła, z wąską talią, ale jej biodra miały kuszącą pełnię, a pośladki były idealnie zaokrąglone. Miała wszystko, co mogło przyciągnąć spojrzenie i rozpalić zmysły prawdziwego mężczyzny.

Jej cera była ciemna, jak u typowej Latynoski, choć do końca nią nie była. Na dodatek słońce tylko podkreśliło ten odcień, sprawiając, że wyglądała jeszcze bardziej hipnotyzująco. Wbrew temu, czego można byłoby się spodziewać, miała niewielkie piersi. Choć może nie ogromne, ale też nie aż tak małe, z dosyć dużymi ciemnymi brodawkami i sztywnymi sutkami prezentowały się nadzwyczaj kusząco. 

Bawiła się mną. Od samego początku, wciągała mnie w swoją słodką i gorącą intrygę. Byłem zabawką w grze, której do końca nie rozumiałem, a mimo to brałem w niej udział.

Uniosła się na ramionach i odwróciła do mnie przodem. Jej kruczoczarne włosy, gęste i mocne, opadły niczym ciemna rzeka, jeszcze bardziej podkreślając piękno jej ciała. Uśmiechała się – ciepło, słodko, jakby w tej chwili zapomniała o mojej obecności.

A potem zrobiła coś, co rozpaliło mnie jeszcze bardziej. Nie patrzyła na mnie. Jej spojrzenie było skupione gdzie indziej – na sobie samej, na swoim ciele, na tym, co działo się między jej nogami. Patrzyła tam, gdzie mieściła się jej, pokryta ciemnym, kędzierzawym zarostem, słodka pizdeczka. Choć bardzo chciałem, w tej chwili nie byłem w stanie dostrzec niczego szczególnego. Tam, gdzie skupiał się jej wzrok, zobaczyłem jedynie ciemny zarost. Reszta była skrzętnie ukryta przed moimi oczami. 

Jej uda zacisnęły się, zasłaniając niemal wszystko, ale to trwało tylko krótką chwilę. Później, drżąc, powoli się rozsunęły, a mięśnie szarpały się w krótkich gwałtownych skurczach. Jedną nogę ułożyła na swojej białej sukience, a drugą zgięła w kolanie i podciągnęła wyżej. Zwrócona w ten sposób do mnie, prezentowała najlepiej, jak umiała wszystko, co miała w swoim posiadaniu, a ja byłem coraz bardziej sparaliżowany.

– Wiem, że jesteś niegrzeczny – powiedziała, a na jej twarzy malował się kokieteryjny uśmiech. 

Przełknąłem tylko ślinę, a ona mówiła dalej: 

– Jesteś niegrzeczny, Julian, bardzo niegrzeczny. 

Miała rację.

– Och –  westchnąłem cicho. 

– Podoba ci się moje gniazdko miłości?

Wiedziałem, że muszę ją mieć. Musiała być moja teraz i tutaj. Wiedziałem, że nie odejdę stąd, póki nie zaspokoję swoich pragnień, póki mój twardy, żylasty kutas nie penetruje jej wilgotnej, ciasnej cipeczki. 










2025-03-28

Ostatnie wakacje.

470. Za późno


Wszystko wokół zdawało się znikać, jakby świat zapomniał o swoim istnieniu na kilka uderzeń serca, zostawiając tylko nas – uwięzionych w chwili napięcia, które pachniało czymś niebezpiecznie kuszącym. Każdy oddech wydawał się głośniejszy, każdy ruch miał znaczenie.

Stałem tam, patrząc na nią, próbując zrozumieć, czym dokładnie była ta niewidzialna siła przyciągania między nami. Czy to była zwykła iluzja? Czy coś, co mogło pochłonąć nas bez reszty?

– Czemu tak patrzysz? – zapytała, unosząc lekko brew, z tym swoim przekornym uśmiechem, który mógł znaczyć wszystko i nic.

– Bo jesteś piękna.


Brzmiało banalnie, ale to była prawda. Tylko że jej uroda nie była zwyczajna. Miała w sobie coś hipnotyzującego, jak zakazany owoc, którego dotknięcie mogło spalić mnie na popiół.

– Nieprawda. – Pokręciła głową, a w jej głosie zabrzmiało coś dziwnego. Jakby sama nie była pewna, czy powinna mi wierzyć, czy może wolałaby, żebym jej udowodnił, że się myli. – Odwróć się.

Nie brzmiało to jak rozkaz, a raczej jak wyzwanie. Jak zabawa w dominację, w której żadne z nas nie chciało się poddać.

– Nie mogę. – Słowa padły same, prosto z wnętrza, jakby moja wola już dawno przestała należeć do mnie. Jakbym nie miał wyboru – musiałem na nią patrzeć.

– Nie patrz tak. – Jej głos był cichy, ale coś w nim… coś sprawiło, że poczułem ten znajomy dreszcz na skórze. – Mówię poważnie.

– Nie mogę. – Powtórzyłem, bo to była jedyna prawda, jaką w tej chwili znałem.

Patrzyliśmy na siebie, a napięcie między nami stawało się niemal namacalne. Było w tym coś niebezpiecznego, coś, co powinno mnie ostrzec. Ale ja… ja nie chciałem ostrzeżeń.

– Dlaczego? – zapytała, a jej głos był już mniej pewny. Może sama nie wiedziała, czego tak naprawdę chce.

– Bo jesteś zbyt piękna.

Zmrużyła oczy, jakby analizowała moje słowa, ważyła je, sprawdzała, czy są szczere. A ja wiedziałem, że były. I wiedziałem, że ona to czuje.

Każda sekunda, którą spędzaliśmy w tym napięciu, wciągała nas coraz głębiej, coraz bliżej granicy, której nie powinniśmy przekraczać. Ale przecież zakazane rzeczy smakują najlepiej, prawda?

– A co byś powiedziała, gdybym teraz usiadł obok i dotknął cię? – Słowa wyszły ze mnie, zanim zdążyłem pomyśleć.

Nie cofnąłem ich.

Bo w tamtej chwili chciałem tylko zobaczyć, jak zareaguje. Czy odsunie się? Czy jej ciało zadrży? A może… Może przyciągnie mnie jeszcze bliżej?

– Czy ty czasem nie masz zbyt bujnej wyobraźni? – Jej głos był spokojny, ale w tej ciszy czaiła się jakaś tajemnica, jakby myśli, które krążyły w jej głowie, miały zupełnie inny rytm niż moje. – Zaskoczyłeś mnie śpiącą, bezbronną, a teraz jeszcze… jeszcze myślisz o takich rzeczach.

Spojrzałem na nią uważnie, próbując wyłapać, co naprawdę kryło się za tymi słowami. Oburzenie? A może coś zupełnie innego – subtelne zaproszenie do gry, w której granice nie były jeszcze jasno określone? Jej oczy, choć wydawały się spokojne, miały w sobie coś, co nie pozwalało mi ich zignorować.

– Och, nie wiem… – Westchnąłem, przesuwając dłonią po włosach, jakbym próbował rozwiać własne myśli. – To wszystko jest zbyt skomplikowane.

– Skomplikowane? – Uniosła lekko brew, uśmiechając się tym swoim nieodgadnionym półuśmiechem. – A mnie się wydaje, że to wcale nie jest skomplikowane. – Jej głos brzmiał teraz inaczej. Jakby wiedziała więcej, niż chciała przyznać. Jakby to, co działo się między nami, było nieuniknione.

– Och, Isabello… – Wypowiedziałem jej imię z lekkim drżeniem w głosie, czując, jak napięcie w powietrzu rośnie, jakby cały świat na moment wstrzymał oddech.

– Odwróć się. – Jej ton stał się cichszy, niemal szept, ale w tym szeptem kryło się coś więcej. Delikatność wymieszana z cieniem rozkazu.

Nie ruszyłem się.

– Za późno… – Wyszeptałem, ledwie zdając sobie sprawę, że te dwa słowa wybrzmiały w powietrzu jak coś nieodwołalnego.

Za późno, by cofnąć czas. Za późno, by wrócić do tego, co było wcześniej.

Coś między nami pękło – albo raczej… coś się otworzyło.

– Za późno? – powtórzyła, przechylając lekko głowę. Jej oczy błysnęły. – Na co?

Brzmiała jak ktoś, kto zna odpowiedź, ale chce, żebym to ja ją wypowiedział. Żebym sam przekroczył tę ostatnią granicę.





2025-03-27

Ostatnie wakacje.

469. Kogo się chce.


Czas się zatrzymał. Wszystko wokół nagle zwolniło, jakby świat wstrzymał oddech, czekając na to, co miało się wydarzyć. Patrzyłem na nią, wciąż niepewny, czy to, co widzę, dzieje się naprawdę, czy jest tylko jakąś grą światła, omamem, złudzeniem. A jednak czułem to aż do kości – ten moment był rzeczywisty, choć jednocześnie wydawał się nierzeczywisty, jakbym znalazł się gdzieś poza czasem i przestrzenią, w miejscu, które istniało tylko dla nas.

– Och, Isabello… – wyrwało mi się, niemal bezwiednie, ledwie słyszalnym szept.

Serce tłukło mi się w piersi tak mocno, że miałem wrażenie, iż zaraz wyrwie się na wolność. Powtórzyłem jej imię, głośniej, z większym zdziwieniem, jakby to jedno słowo mogło sprawić, że zrozumiem, co się tu właściwie dzieje. Ale nie rozumiałem. Stałem tam, otępiały, z uczuciem, że dotknąłem czegoś niepojętego.

A potem się odwróciła. Powoli, jakby wszystko było zaplanowane, jakby dokładnie wiedziała, co robi i jak bardzo to na mnie zadziała. Jej spojrzenie przecięło przestrzeń między nami jak nóż. Było głębokie, przenikliwe, pełne czegoś, czego nie umiałem nazwać – wyzwania? Przekory? A może czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego?

Jej oczy miały w sobie coś dzikiego. W ich głębi czaiło się światło, które było jednocześnie fascynujące i budzące niepokój, jak błysk płomienia, który przyciąga, choć wiesz, że może cię poparzyć. Ten jeden, krótki moment, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, wystarczył, bym poczuł, jak tracę grunt pod nogami.

A potem… potem po prostu tam była. Patrzyła na mnie w sposób, który sprawiał, że czułem się jednocześnie zaproszony i ostrzeżony. Jakby mówiła mi bez słów: „Zbliż się, jeśli się odważysz, ale pamiętaj, że możesz się w tym zatracić”.

Jej ciemne włosy opadały kaskadami na ramiona, łagodnie otulając jej smukłą szyję. Było w nich coś hipnotyzującego – miękkie fale, które pochłaniały światło, przyciągały wzrok, tworzyły wokół niej aurę tajemnicy. Każdy jej ruch był spokojny, wyważony, jakby znała rytm, do którego powinna się poruszać, a ja mogłem jedynie stać i patrzeć, próbując nadążyć za czymś, co zdawało się zbyt płynne, zbyt doskonałe, by było dziełem przypadku.

I w końcu jej spojrzenie złagodniało. Zniknęła ta iskra wyzwania, a zamiast niej pojawiło się coś… inne. Coś bardziej intymnego. Jakby w tej chwili nie istniało nic poza nami. Jakby reszta świata mogła przestać istnieć, a ona wcale by tego nie zauważyła.

Patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kogo się wybiera. Kogo się chce. A ja nie byłem pewien, czy potrafię unieść ciężar tego spojrzenia.

Czułem, jak mój oddech przyspiesza, jak ciało napina się w oczekiwaniu na coś, co jeszcze się nie wydarzyło, ale co już było nieuniknione. Bo wiedziałem – to nie była chwila, którą można było zignorować. To była chwila, która miała zmienić wszystko.



2025-03-26

Ostatnie wakacje.

468. Odwróciła się ode mnie.


A jednak stałem tam wciąż, zahipnotyzowany, czując, jak narasta we mnie napięcie – jak fala, która wzbiera, gotowa się rozbić. Powietrze nagle zrobiło się gęstsze, cięższe, jakby czas na chwilę się zatrzymał, a ja stałem się maleńką częścią czegoś ogromnego i tajemniczego. Chciałem oddychać, ale każdy oddech był jak walka. Chciałem się do niej zbliżyć, ale bałem się, że moja obecność zburzy tę delikatną równowagę.

A potem… to, co wydarzyło się zaledwie kilka sekund później, roztrzaskało mnie na kawałki. Całe moje istnienie rozsypało się, jakby ktoś rozpuścił mnie w powietrzu. Przestałem być sobą. Nie miałem już ciała, myśli, woli – byłem tylko cieniem, mgłą, czymś ulotnym. Nie potrafiłem już zebrać myśli, nie mogłem decydować o niczym. Była tylko ona. Isabella. I ten moment, który pochłonął mnie całkowicie.

Nie mogłem się ruszyć. Nie mogłem nic zrobić. Stałem tam jak sparaliżowany, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami, próbując ogarnąć coś, co było zbyt wielkie, zbyt intensywne. Otworzyłem usta, ale jedyne, co zdołałem z siebie wydobyć, to cichy, urwany szept: „Och...”. Nie miałem nad sobą kontroli. Byłem tylko świadkiem, dryfującym w przestrzeni, w rzeczywistości, która nagle stała się obca i nierealna.

A ona… jak gdyby nigdy nic. Jakby wszystko, co się wydarzyło, było zupełnie naturalne, jakby od początku wiedziała, że tam jestem. Nie drgnęła, nie okazała ani cienia niepokoju. Jej spojrzenie było głębokie jak nocne niebo, pełne czegoś nieuchwytnego. A potem… zaczęła się unosić. Powoli. Bez pośpiechu. Jej ciało poruszało się z taką płynnością, że wyglądało, jakby tańczyła w rytm muzyki, której nikt oprócz niej nie słyszał. Jakby była istotą nie z tego świata – kimś wyrwanym z dawnych mitów, gdzie czas nie istniał, a rzeczywistość rządziła się innymi prawami.

Odwróciła się ode mnie. Spokojnie, jakby to, że na nią patrzyłem, nie miało żadnego znaczenia. Jakby wiedziała, że i tak nie jestem w stanie oderwać od niej wzroku. Stałem tam wciąż oszołomiony, patrząc, jak powoli znika w cieniu, zostawiając mnie z milionem pytań, na które nie znałem odpowiedzi. A może… może to właśnie jej obecność była odpowiedzią?

Kiedy zgięła nogi, przyciągnęła je do piersi i objęła ramionami, coś we mnie pękło. I wtedy to do mnie dotarło. To nie był przypadek. To nie był zwykły moment. Każdy jej ruch, każdy gest, był świadomy, zamierzony. Jakby dokładnie wiedziała, co robi. Jakby wszystko, co się stało, było częścią większego planu, w którym ja byłem tylko jednym z elementów.

Patrzyłem na nią i nagle wszystko nabrało nowego znaczenia. Kształt jej ciała, delikatna krągłość bioder, smukłość talii, a przede wszystkim pulchna, pokryta rzadkim, kędzierzawym zarostem cipka – wszystko układało się w doskonałą harmonię. Każdy najmniejszy ruch był niemal hipnotyzujący, jakby światło i cień rzeźbiły jej sylwetkę z niebywałą precyzją. Była piękna. Tak bardzo, że aż bolało. I choć czułem, że nie powinienem patrzeć, nie mogłem się powstrzymać. To było coś więcej niż fascynacja – to było odkrywanie piękna w jego najczystszej, najbardziej intymnej formie.

Nie wiedziałem już, kim jestem w tej chwili. Nie wiedziałem, czy powinienem coś powiedzieć, coś zrobić. Wiedziałem tylko jedno – ta chwila pochłonęła mnie całkowicie. A ona... ona wciąż tam była, ale jednocześnie wydawało się, jakby już mnie nie dostrzegała. Jakby jej świat istniał poza mną.

I nagle poczułem, że to właśnie to było najważniejsze. Nie ja. Nie moje myśli, nie moje pragnienia. Tylko ona. I ta chwila, która na zawsze miała zostać we mnie, choć tak naprawdę nigdy nie należała do mnie.


2025-03-25

Ostatnie wakacje.

467. Zniknąć w cieniu


Wydawało się, że jest na krawędzi ruchu, w zawieszeniu między bezruchem a akcją, niczym tancerka czekająca na pierwszy dźwięk muzyki. Gdyby ten moment trwał odrobinę dłużej, mogłaby w jednej chwili podnieść się na palce, wygiąć ciało w płynnej harmonii i wykonać piruet tak lekki, że niemal oderwałaby się od ziemi.

A jednak pozostawała nieruchoma. Czułem, że w tej pozornej stagnacji kryła się jakaś głęboka dynamika, jakby jej ciało tańczyło w inny sposób – nie poprzez ruch, ale poprzez samą swoją obecność.

Drugą dłoń wsunęła pod głowę, jakby pogrążona w głębokim relaksie, całkowicie zapomniała o otaczającym ją świecie. Sprawiała wrażenie, jakby była gdzieś indziej – nie na otwartym wzgórzu, skąpanym w złotym świetle popołudniowego słońca, lecz we własnej sypialni, otulona miękkością poduszek i zapachem znajomej pościeli.

Nie myślała o tym, że niebo nad nią było bezkresne i otwarte dla każdego spojrzenia. Że ciepły wiatr muskał jej skórę niczym ciekawskie palce, a promienie słońca rysowały cienie na jej ciele, podkreślając każdy subtelny kontur. Że w tej chwili była wystawiona na świat, narażona na niechciane, natarczywe spojrzenia przypadkowych adoratorów, którzy nie potrafili oderwać wzroku od jej kruchego, niemal eterycznego piękna.

A jednak, mimo tej nieświadomej ekspozycji, bił od niej spokój. Nie było w niej ani krzty niepokoju czy zażenowania. Była jak dzieło sztuki, które istnieje dla samego istnienia, nie troszcząc się o to, kto na nie patrzy i jakie emocje w nim wzbudza.

Poczułem się jak złodziej, który wtargnął do świątyni sztuki i wbrew wszelkim zasadom próbował przywłaszczyć sobie najcenniejsze dzieło, namalowane nie ręką człowieka, lecz samego Stwórcy. W mojej piersi ścierały się dwa uczucia – zachwyt i wyrzut sumienia. Wiedziałem, że nie powinno mnie tu być, że mój wzrok nie miał prawa tak beztrosko błądzić po tych wszystkich delikatnych liniach i krągłościach, po subtelnych zagłębieniach i miękkościach, które wydawały się niemal nierealne w swoim doskonałym kształcie.

A jednak byłem tu. Stałem w miejscu jak słup soli, sparaliżowany czymś, co nie było strachem, lecz czymś znacznie głębszym – uczuciem, które jednocześnie kazało mi odwrócić wzrok i pozostać w tej chwili na zawsze. Każdy instynkt mówił mi, że powinienem odejść, a mimo to nie potrafiłem się ruszyć.

Czułem się jak poeta, który stanął przed najpiękniejszym widokiem swojego życia, gotów przelać go na papier, a jednak nagle stracił wszystkie słowa. Jak malarz, który odkrył barwę tak intensywną i głęboką, że żaden pędzel nie był w stanie jej oddać. Byłem zawieszony pomiędzy pragnieniem a niemożnością, między śmiałością a lękiem, że jeśli się poruszę, ten moment rozwieje się jak sen o świcie.

– Och, Izabelo... – wyszeptałem tak cicho, że ledwie sam siebie usłyszałem, jakby słowa miały rozpaść się na atomy, zanim dotarły do uszu. A może to tylko moje usta się poruszyły, a dźwięk tych cichych słów zabrzmiał we mnie, wewnątrz, jak echa, które niosą się przez pustkę. Drżałem, niczym listek osikowy, łamiący się pod wpływem najdelikatniejszego podmuchu wiatru. Moje ciało było napięte, a serce biło nierówno, jakby miało uciec z piersi.

Wciąż próbowałem podjąć decyzję – odwrócić się, wycofać, zniknąć w cieniu, tak cicho, jakby moje istnienie miało nie zakłócić tej chwili. Moje ruchy były niepewne, jakby każda najmniejsza akcja mogła przerwać ten niewypowiedziany ceremoniał, który trwał wokół niej, niczym wspaniałe widowisko, w którym byłem jedynie cichym, nieproszonym obserwatorem.








2025-03-24

Ostatnie wakacje.

466. Izabela onanizowała się.


To lato było czymś więcej niż tylko kolejnym wakacyjnym okresem. Było podróżą – nie tyle w przestrzeni, co w głąb siebie. Było czasem, który zostawił ślady w mojej pamięci i na pewno wróci, kiedy najmniej się tego spodziewam.

Bo niektóre wspomnienia nigdy nie blakną – zostają z nami na zawsze, migocząc w zakamarkach świadomości jak światło zachodzącego słońca na powierzchni spokojnego jeziora.

Isabella była naga. Leżała na łagodnym zboczu, zwrócona twarzą ku słońcu. Rozpostarta na własnej sukience niczym na płatku kwiatowym, zdawała się należeć do tego krajobrazu, jakby była jego integralnym elementem – naturalnym i nieuchwytnym zarazem. Materiał delikatnie falował na wietrze, otulając jej ciało, jakby sam kształtował się wokół niej, dostosowując się do jej ruchów, choć ona pozostawała nieruchoma.

Była drobna, niemal krucha, jej szczupłe ramiona i delikatne linie ciała sprawiały wrażenie, jakby zbyt lekkiego tworu, który mógłby rozpłynąć się w świetle popołudniowego słońca. A jednak w tej subtelnej delikatności kryła się niepojęta harmonia – coś, co sprawiało, że nie wydawała się słaba, a raczej eteryczna, jakby jej istnienie było ulotne, lecz jednocześnie nieuniknione.

Słońce, zawieszone nisko nad horyzontem, kąpało jej skórę w złocistym świetle, wydobywając subtelne kontury jej twarzy. Cień jej rzęs rysował drobne linie na policzkach, a drobinki pyłu unosiły się w powietrzu, skrząc się niczym maleńkie gwiazdy zatrzymane w ruchu.

Odczucie, które mnie ogarnęło, było dziwne, niemal nierealne. Wahało się gdzieś pomiędzy fascynacją a niepokojem, między zachwytem a czymś, co przypominało lekki wstrząs. Miałem wrażenie, że oto znalazłem się na granicy dwóch światów – jednego, który znałem, i drugiego, który nagle odsłonił się przede mną w zupełnie nowej formie. Isabella robiła rzeczy, których najprawdopodobniej nie powinienem widzieć, które nie były przeznaczone dla mnie. Isabella robiła rzeczy, o których nawet nie powinienem wiedzieć. A jednak widziałem to. Izabela onanizowała się. 

Nie wiedziałem, czy spała, ale jej oczy były zamknięte. Jej twarz miała w sobie coś, co przywodziło na myśl posągi dawnych mistrzów – spokój i harmonię, których nie chciałem zakłócać. Było w niej coś hipnotyzującego, coś, co nie pozwalało oderwać wzroku. Delikatne rysy, lekko rozchylone usta, a wokół nich cień tajemniczego uśmiechu, jakby skrywała sekret, którego nigdy nie miałem poznać.

Isabella grała na swoim ciele niczym na instrumencie, poruszając się z niezwykłą płynnością, jakby była częścią symfonii, którą mogłem jedynie podsłuchać, ale nigdy w pełni zrozumieć. W jej ruchach nie było ani pośpiechu, ani zawahania – tylko naturalny rytm, który zdawał się współgrać z oddechem ziemi, szumem wiatru i delikatnym szeptem traw.

W tamtej chwili czas zwolnił, a świat wokół niej zdawał się zamierać w zachwycie, jakby sama natura wstrzymała oddech na jej widok. Była jak istota z innej rzeczywistości – nieuchwytna, ulotna, a jednak na swój sposób absolutnie rzeczywista. I choć nie powinienem był patrzeć, nie mogłem odwrócić wzroku.

Jej kolana były delikatnie rozchylone na boki, w sposób niemal intuicyjny, przypominający grację baletnicy tuż przed wykonaniem skomplikowanej figury. Było w tym ułożeniu coś naturalnego, a jednocześnie wyćwiczonego – jakby jej ciało pamiętało ruchy, które kiedyś powtarzała setki razy. Dłoń spoczywała dokładnie pośrodku, subtelnie napięta, jakby za chwilę miała unieść się w powietrzu i poprowadzić ją przez niewidzialny taniec.








2025-03-23

Ostatnie wakacje.

465. Ścieżka, którą szedłem.


Było późne popołudnie, lecz słońce wciąż grzało intensywnie, rozlewając złociste światło na krajobraz. Powietrze drżało nad rozgrzaną ziemią, a długie cienie drzew rysowały na ścieżce splątane, niemal hipnotyzujące wzory. Unosił się zapach nagrzanego kurzu i kwitnących traw, a cykady prowadziły swój nieustanny koncert, nie zważając na upływający dzień.

Gdzieniegdzie, pomiędzy koronami drzew, połyskiwały tafle jeziora, odbijając promienie słońca jak tysiące rozsypanych iskier. Na horyzoncie błękit nieba powoli ustępował miejsca ciepłym barwom zachodu – najpierw subtelnym pastelom, a potem głębokim odcieniom pomarańczu i różu.

Ścieżka, którą szedłem, była nierówna, wyżłobiona przez czas i kaprysy natury. Pod moimi stopami chrzęściły drobne kamienie, które przesuwały się leniwie przy każdym kroku, jakby opowiadały własne, dawno zapomniane historie. Wśród nich tkwiły większe głazy – nieruchome strażniki przeszłości, spękane i wysmagane wiatrem, noszące na sobie ślady nieustannej walki z czasem i pogodą.

Idąc, myślałem o wszystkim, co wydarzyło się tego lata. Wspomnienia zdawały się niemal namacalne, jakby jeszcze chwilę temu działy się naprawdę – śmiech, twarze, słowa, zapachy. Wiele spotkań, wiele niezwykłych osób, które wniosły coś nowego do mojego życia, pozostawiło po sobie ślady, jak te kamienie na ścieżce.

Amelia i Grace – zwariowane, pełne energii bliźniaczki, które nie znały pojęcia nudy. Były jak żywioły, burza, której nie dało się zatrzymać. Każde spotkanie z nimi było pełne śmiechu, żartów i spontanicznych decyzji, które prowadziły nas w najbardziej nieoczekiwane miejsca. A ta noc na sianie… ciepły zapach suchych traw, gwiazdy migoczące nad nami i uczucie, że świat jest na wyciągnięcie ręki. I ten seks: gorący, spontaniczny, niczym nieskrępowany, to jak brały mnie we dwie na wszystkie możliwe sposoby aż do utraty tchu. No cóż, tego nie dało się zapomnieć. Przy nich nic nie wydawało się niemożliwe.

Natalia – jej imię przywoływało obraz gęstego lasu i ukrytej w nim drewnianej chatki jej dziadka. To miejsce miało w sobie coś niemal magicznego, jakby wyrwane z innej epoki. Drewniane ściany skrzypiały cicho, a powietrze wypełniał zapach starego drewna i suszonych ziół. W jej oczach odbijała się cisza lasu, a w sposobie, w jaki mówiła i poruszała się, było coś, co przypominało mi postacie z dawnych baśni. Z nią też się kochałem, ale to było inne, z nutą nieprzewidywalności. 

I wreszcie Isabella… Isabella, której imię brzmiało jak muzyka. Miała w sobie coś, co przyciągało, co sprawiało, że chciało się odkrywać każdy sekret, który skrywała. Jej latynoska uroda, ciemne, migdałowe oczy i sposób, w jaki przeciągała samogłoski w swoim aksamitnym głosie, były jak obietnica przygody. Była tajemnicą, którą pragnąłem rozwikłać, choć jednocześnie wiedziałem, że niektóre tajemnice najlepiej pozostawić nienaruszone. Isabella pozostawała jakby poza moim zasięgiem, wyzwaniem podróżą, którą miałem jeszcze odbyć.

A potem ciocia.

Ciocia była zupełnie inną historią – osobnym, pełnym znaczenia rozdziałem tego lata. To, czego mnie nauczyła, było nie do przecenienia. Nie była tylko ciocią – była przyjaciółką, przewodniczką, powierniczką. To ona pokazała mi, że świat można odkrywać na nowo każdego dnia, jeśli tylko patrzy się na niego w odpowiedni sposób.

W jej towarzystwie nawet najprostsze rzeczy nabierały znaczenia. Każdy spacer, każda rozmowa stawała się lekcją – nie w tradycyjnym, szkolnym sensie, ale w tym prawdziwym, życiowym. Nauczyła mnie dostrzegać piękno w detalach, radość w chwilach, które inni mogliby uznać za zwyczajne. To dzięki niej potrafiłem znaleźć spokój w szumie liści, zachwyt w błysku porannego słońca na kroplach rosy i magię w zwykłej herbacie wypitej na ganku przy akompaniamencie świerszczy. A seks z nią był tak wybuchowy jak bomba atomowa. Potrafiła mnie zaskoczyć, dopaść i zniewolić w najmniej oczywistych momentach.





2025-03-22

Ostatnie wakacje.

464. I dlatego nikt tam nie pływa?


Cisza była nieznośna. Tylko jednostajny warkot silnika i plusk fal uderzających o burtę.

Ciocia zacisnęła dłonie na drewnianym relingu. Była blada jak ściana.

– To… było prawdziwe? – wyszeptała w końcu.

Pan Czesław spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi.

– Lepiej nie zadawać takich pytań, – powiedział.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.

Brzeg zbliżał się powoli, a ja czułem coraz większy niepokój. Nie dlatego, że zostawialiśmy wyspę za sobą.

Ale dlatego, że miałem wrażenie, jakby coś płynęło za nami.

Nie widziałem nic w wodzie. Ani fal, ani cienia pod powierzchnią. A jednak czułem czyjąś obecność.

– Patrzcie… – wyszeptała nagle ciocia, wskazując coś palcem.

Odwróciłem głowę i wtedy ją zobaczyłem.

Na brzegu wyspy stała ta sama kobieta.

Jej biała suknia powiewała na wietrze, ale tym razem jej twarz była inna. Nie uśmiechała się już.

Teraz patrzyła na nas z czymś, co mogło być smutkiem… albo ostrzeżeniem.

A potem uniosła rękę.

Nie w geście pożegnania.

Nie w geście groźby.

Ale jakby coś za nami wskazywała.

Odwróciłem się powoli, czując narastający chłód.

W wodzie, tuż za burtą, w lustrze jeziora odbijało się coś, czego nie powinno tam być.

Niebo było ciemniejsze. Nasza łódka – pusta.

A na jej dziobie…

…stało coś, co miało twarze naszej trójki.


***


Tawerna „Pod Starym Żeglarzem” była jednym z tych miejsc, gdzie zawsze pachniało dymem, piwem i starym drewnem nasiąkniętym historiami. Znajdowała się tuż przy promenadzie prowadzącej nad jezioro, a jej okna wychodziły na spokojną taflę wody.

Tego wieczoru pan Czesław siedział przy swoim stałym stoliku w kącie, popijając ciemne piwo i obracając w palcach fajkę, choć nie zapalił jej ani razu. Wokół niego zebrało się kilku miejscowych – rybacy, starzy marynarze i przypadkowi goście, którzy słyszeli o jego opowieściach.

– Słyszeliście o Wyspie Martwego Odbicia? — rzucił nagle, wbijając wzrok w najmłodszego z obecnych.

Mężczyzna, który dopiero co przyjechał do miasteczka, uniósł brew.

– Tak ją nazywacie? – zapytał. – Na mapach nie ma żadnej nazwy.

– I dobrze. Są miejsca, które nie powinny mieć imienia – odparł Czesław, upijając łyk piwa. – Bo kiedy coś ma imię, to znaczy, że istnieje naprawdę.

W tawernie zrobiło się ciszej. Deszcz zaczął bębnić o okiennice, jakby jezioro słuchało.

– Było to dawno temu… może sto lat, może więcej. Dokładnej daty nikt już nie pamięta. Ale faktem jest, że kiedyś na tej wyspie mieszkała rodzina. Stary Karwowski, jego żona i córka, Marysia. Nie byli bogaci, ale mieli własną chatę, rybacką łódź i spokój, którego wielu mogło im zazdrościć.

– I co się stało? – zapytał ktoś cicho.

– Ludzie mówili różne rzeczy — kontynuował Czesław, przesuwając palcem po krawędzi kufla. – Że Karwowski miał zatarg z kimś potężnym, że pożyczył pieniądze od ludzi, od których nie powinien. Ale najgorsze plotki dotyczyły samej Marysi. Podobno była… inna. Miała oczy tak jasne, że wyglądały niemal na białe, i zdolność, której się bali.

– Jaką zdolność?

– Ludzie mówili, że kiedy patrzyła w wodę, widziała w niej rzeczy, których nikt inny nie widział. Przyszłość, przeszłość… dusze tych, którzy odeszli. Czasem patrzyła w fale i mówiła rzeczy, których nikt nie rozumiał. A potem się spełniały.

Pan Czesław westchnął, jakby sam nie był pewien, czy powinien mówić dalej.

– Pewnej nocy ktoś podpłynął na wyspę. Nie wiadomo, kto to był. Ale rano znaleziono chatę spaloną doszczętnie, a Karwowskich… nie było.

– Zginęli?

– Ciał nigdy nie odnaleziono. Ale od tamtej pory na wyspie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Ci, którzy się tam zapuszczali, mówili o głosach dochodzących spod wody. O odbiciach, które patrzyły na nich z opóźnieniem albo robiły coś innego niż oni.

Młody mężczyzna przełknął ślinę.

– I dlatego nikt tam nie pływa?

Czesław uśmiechnął się gorzko.

– Nie. Dlatego, że raz na jakiś czas ktoś jednak tam płynie… i nie wraca.

W tawernie zapadła cisza

A potem powietrze przeciął podmuch wiatru, który otworzył jedno z okien. Deszcz lunął do środka, a w szybie przez ułamek sekundy odbiła się twarz.

Nie należała do nikogo z obecnych.







Czerwona rybka

52. Pędziłem do met y Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała ...