456. Prowokacja
Wreszcie się spuściłem, a to co się stało, było trudne do opisania. Gorące nasienie wystrzeliło, ale nie tak normalnie. To był jeden ciągły strumień niczym seria z karabinu, który minął jej policzek dosłownie o milimetry. Przyznam szczerze, że gdyby w tym momencie coś nie odwrócio jej uwagi, dostałaby tym białym pościskiem prosto w nos albo między oczy. No cóż ona nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, co się stało. Najlepsze było to, że kiedy z zainteresowaniem spojrzała w przeciwnym kierunku, nasienie zawróciło nad jej głową i spadło w gęste, ciemne włosy.
Co było później? Nie bardzo wiem, bo trudno było mi się skupić. Przed moimi oczami szybko zapadała ciemność, a słodycz, której doświadczałem, była trudna do opisana. Wiem tylko, że kolejne porcje nasienia, szybując w powietrzu i opadając pięknym łukiem, ochlapały jej szyję policzek, a później te wielkie napompowane cyce. Wyglądało to cudownie i byłem zachwycony. Orgazm, którego doświadczałem, był trudny do opisania. Zalewając jej twarz i piersi taką ilością nasienia której nigdy bym się u siebie nie spodziewał odpływałem w niebyt przecudowny rozkoszy.
Po tym pierwszym wystrzale z mojego penisa wciąż płynęła sperma. Nadal był to ciągły strumień, jednak już pod znacznie mniejszym ciśnieniem. Wypływał na wysokość kilkunastu centymetrów, po czym łagodnym półkolem spadał na jej niesamowicie podniecające cycki, przyozdabiając je je niczym lukrem.
Po dłuższej chwili, kiedy największe napięcie opadło i byłem w stanie normalnie odbierać bodźce z zewnątrz, mogłem zobaczyć to, co się stało. Przed moimi oczami rozciągało się pole bitwy. Jej twarz, ramiona, włosy i piersi były pokryte grubą warstwą spermy. Ciocia trwała w bezruchu. Jej mina wyrażała głębokie zadowolenie, graniczące z upojeniem. Jej powieki były przymknięte, zaklejone moim nasieniem. Trwała tak, jakby chciała podkreślić to, co zrobiłem. Drżała i ja drżałem. Pomimo niezwykłości tego, co się stało wszystko wydawało się tak bardzo normalne i tak bardzo na swoim miejscu. Byliśmy parą kochanków, która uprawia seks na bezludnej wyspie.
Kiedy wreszcie udało się jej otworzyć powieki, z niezwykłym przejęciem, odezwała się do mnie:
– Och Julian, słodziaku ty mój, nawet nie wiesz, jak bardzo mnie podniecasz.
To miejsce było dziwnie upojne, wciągało swoją atmosferą i tajemniczością. Podniecenie, zamiast maleć, wciąż narastało. Przewidzenie, co się stanie za chwilę, było praktycznie niemożliwe. To miejsce wciągało nas coraz głębiej w swoją lubieżną, wyuzdaną atmosferę. Kiedy byłem przekonany, że to wszystko, czego mogę się dzisiaj spodziewać, że to koniec zabawy, ona znów mnie zaskoczyła. Prowokacja była nagła i bezwzględna.
Teraz, z perspektywy czasu wiem, że tak naprawdę, jako młody, niedoświadczony kochanek, nie miałem żadnych szans w zmaganiach z tą kobietą. Działała jak brzytwa: szybko i niezwykle precyzyjnie. Uklękła tyłem do mnie, a później opadła przodem ciała na mokry piasek. Wypięła w moją stronę swój potężny, zgrabny, oszałamiająco podniecający tyłek. Trwała tak w pozycji pełnej gotowości do analnej penetracji, a ja gapiłem się na jej kakaowe oczko, dygocąc jak listek osikowy.
– Boże, ciociu, co ty robisz? Przestań, nie dam rady. Jestem zmęczony, – westchnąłem, choć wiedziałem, że to bez znaczenia.
Doskonale wiedziałem, że nawet gdybym się czołgał z wycieńczenia, nie zrezygnowałbym z tego wyzwania. Nie wiedziałem, co będzie później, ale wiedziałem, że muszę stanąć na wysokości zadania po raz kolejny. Byłem jak żołnierz na polu bitwy, kroczący na śmierć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz