Szukaj na tym blogu

27 marca 2025

Ostatnie wakacje.

469. Kogo się chce.


Czas się zatrzymał. Wszystko wokół nagle zwolniło, jakby świat wstrzymał oddech, czekając na to, co miało się wydarzyć. Patrzyłem na nią, wciąż niepewny, czy to, co widzę, dzieje się naprawdę, czy jest tylko jakąś grą światła, omamem, złudzeniem. A jednak czułem to aż do kości – ten moment był rzeczywisty, choć jednocześnie wydawał się nierzeczywisty, jakbym znalazł się gdzieś poza czasem i przestrzenią, w miejscu, które istniało tylko dla nas.

– Och, Isabello… – wyrwało mi się, niemal bezwiednie, ledwie słyszalnym szept.

Serce tłukło mi się w piersi tak mocno, że miałem wrażenie, iż zaraz wyrwie się na wolność. Powtórzyłem jej imię, głośniej, z większym zdziwieniem, jakby to jedno słowo mogło sprawić, że zrozumiem, co się tu właściwie dzieje. Ale nie rozumiałem. Stałem tam, otępiały, z uczuciem, że dotknąłem czegoś niepojętego.

A potem się odwróciła. Powoli, jakby wszystko było zaplanowane, jakby dokładnie wiedziała, co robi i jak bardzo to na mnie zadziała. Jej spojrzenie przecięło przestrzeń między nami jak nóż. Było głębokie, przenikliwe, pełne czegoś, czego nie umiałem nazwać – wyzwania? Przekory? A może czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego?

Jej oczy miały w sobie coś dzikiego. W ich głębi czaiło się światło, które było jednocześnie fascynujące i budzące niepokój, jak błysk płomienia, który przyciąga, choć wiesz, że może cię poparzyć. Ten jeden, krótki moment, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, wystarczył, bym poczuł, jak tracę grunt pod nogami.

A potem… potem po prostu tam była. Patrzyła na mnie w sposób, który sprawiał, że czułem się jednocześnie zaproszony i ostrzeżony. Jakby mówiła mi bez słów: „Zbliż się, jeśli się odważysz, ale pamiętaj, że możesz się w tym zatracić”.

Jej ciemne włosy opadały kaskadami na ramiona, łagodnie otulając jej smukłą szyję. Było w nich coś hipnotyzującego – miękkie fale, które pochłaniały światło, przyciągały wzrok, tworzyły wokół niej aurę tajemnicy. Każdy jej ruch był spokojny, wyważony, jakby znała rytm, do którego powinna się poruszać, a ja mogłem jedynie stać i patrzeć, próbując nadążyć za czymś, co zdawało się zbyt płynne, zbyt doskonałe, by było dziełem przypadku.

I w końcu jej spojrzenie złagodniało. Zniknęła ta iskra wyzwania, a zamiast niej pojawiło się coś… inne. Coś bardziej intymnego. Jakby w tej chwili nie istniało nic poza nami. Jakby reszta świata mogła przestać istnieć, a ona wcale by tego nie zauważyła.

Patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kogo się wybiera. Kogo się chce. A ja nie byłem pewien, czy potrafię unieść ciężar tego spojrzenia.

Czułem, jak mój oddech przyspiesza, jak ciało napina się w oczekiwaniu na coś, co jeszcze się nie wydarzyło, ale co już było nieuniknione. Bo wiedziałem – to nie była chwila, którą można było zignorować. To była chwila, która miała zmienić wszystko.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...