466. Izabela onanizowała się.
To lato było czymś więcej niż tylko kolejnym wakacyjnym okresem. Było podróżą – nie tyle w przestrzeni, co w głąb siebie. Było czasem, który zostawił ślady w mojej pamięci i na pewno wróci, kiedy najmniej się tego spodziewam.
Bo niektóre wspomnienia nigdy nie blakną – zostają z nami na zawsze, migocząc w zakamarkach świadomości jak światło zachodzącego słońca na powierzchni spokojnego jeziora.
Isabella była naga. Leżała na łagodnym zboczu, zwrócona twarzą ku słońcu. Rozpostarta na własnej sukience niczym na płatku kwiatowym, zdawała się należeć do tego krajobrazu, jakby była jego integralnym elementem – naturalnym i nieuchwytnym zarazem. Materiał delikatnie falował na wietrze, otulając jej ciało, jakby sam kształtował się wokół niej, dostosowując się do jej ruchów, choć ona pozostawała nieruchoma.
Była drobna, niemal krucha, jej szczupłe ramiona i delikatne linie ciała sprawiały wrażenie, jakby zbyt lekkiego tworu, który mógłby rozpłynąć się w świetle popołudniowego słońca. A jednak w tej subtelnej delikatności kryła się niepojęta harmonia – coś, co sprawiało, że nie wydawała się słaba, a raczej eteryczna, jakby jej istnienie było ulotne, lecz jednocześnie nieuniknione.
Słońce, zawieszone nisko nad horyzontem, kąpało jej skórę w złocistym świetle, wydobywając subtelne kontury jej twarzy. Cień jej rzęs rysował drobne linie na policzkach, a drobinki pyłu unosiły się w powietrzu, skrząc się niczym maleńkie gwiazdy zatrzymane w ruchu.
Odczucie, które mnie ogarnęło, było dziwne, niemal nierealne. Wahało się gdzieś pomiędzy fascynacją a niepokojem, między zachwytem a czymś, co przypominało lekki wstrząs. Miałem wrażenie, że oto znalazłem się na granicy dwóch światów – jednego, który znałem, i drugiego, który nagle odsłonił się przede mną w zupełnie nowej formie. Isabella robiła rzeczy, których najprawdopodobniej nie powinienem widzieć, które nie były przeznaczone dla mnie. Isabella robiła rzeczy, o których nawet nie powinienem wiedzieć. A jednak widziałem to. Izabela onanizowała się.
Nie wiedziałem, czy spała, ale jej oczy były zamknięte. Jej twarz miała w sobie coś, co przywodziło na myśl posągi dawnych mistrzów – spokój i harmonię, których nie chciałem zakłócać. Było w niej coś hipnotyzującego, coś, co nie pozwalało oderwać wzroku. Delikatne rysy, lekko rozchylone usta, a wokół nich cień tajemniczego uśmiechu, jakby skrywała sekret, którego nigdy nie miałem poznać.
Isabella grała na swoim ciele niczym na instrumencie, poruszając się z niezwykłą płynnością, jakby była częścią symfonii, którą mogłem jedynie podsłuchać, ale nigdy w pełni zrozumieć. W jej ruchach nie było ani pośpiechu, ani zawahania – tylko naturalny rytm, który zdawał się współgrać z oddechem ziemi, szumem wiatru i delikatnym szeptem traw.
W tamtej chwili czas zwolnił, a świat wokół niej zdawał się zamierać w zachwycie, jakby sama natura wstrzymała oddech na jej widok. Była jak istota z innej rzeczywistości – nieuchwytna, ulotna, a jednak na swój sposób absolutnie rzeczywista. I choć nie powinienem był patrzeć, nie mogłem odwrócić wzroku.
Jej kolana były delikatnie rozchylone na boki, w sposób niemal intuicyjny, przypominający grację baletnicy tuż przed wykonaniem skomplikowanej figury. Było w tym ułożeniu coś naturalnego, a jednocześnie wyćwiczonego – jakby jej ciało pamiętało ruchy, które kiedyś powtarzała setki razy. Dłoń spoczywała dokładnie pośrodku, subtelnie napięta, jakby za chwilę miała unieść się w powietrzu i poprowadzić ją przez niewidzialny taniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz