461. Ślady
Gałęzie wierzby na wzgórzu, rosnące w gęstych kępach, uginały się w nienaturalny sposób, jakby coś niewidzialnego przeciskało się między nimi, tworząc tunel w powietrzu. Wzrok sam podążył za tym ruchem, choć rozum podpowiadał, że to tylko złudzenie.
Pan Czesław zesztywniał.
– Pospieszcie się, – rzucił ostro, choć jego oczy zdradzały coś więcej. Niepokój.
Pociągnął za linkę rozrusznika swojej motorówki. Silnik zakaszlał… i zamilkł.
Wszyscy spojrzeliśmy na siebie. Próbował jeszcze raz. Nic. Kolejny raz. Cisza.
I wtedy, dokładnie z miejsca, gdzie krzewy uginały się jak tunel prowadzący do wnętrza wyspy, rozległ się krzyk.
Rozpaczliwy, przeciągły głos kobiety.
– Ratunku! Ratunku!
A potem… martwa cisza.
Nawet wiatr ucichł.
Spojrzeliśmy po sobie. Oczy Czesława błysnęły dziwnym światłem. Ciocia wstrzymała oddech. Ja poczułem, jak serce wali mi w piersi.
I znowu ten sam krzyk:
– Ratunku!
Nie zdążyłem pomyśleć. Moje ciało ruszyło samo.
Cała nasza trójka, jakby porwana niewidzialną siłą, rzuciła się biegiem w stronę wzgórza.
Z wielkim przyspieszeniem pobiegliśmy w stronę wzgórza, serca tłukły nam w piersiach jak oszalałe. Stopy zapadały się w mokrym piasku, a każdy krok zdawał się trwać zbyt długo. Wiatr, jeszcze przed chwilą porywisty, nagle zupełnie ucichł, jakby cała wyspa wstrzymała oddech w oczekiwaniu na to, co miało się wydarzyć.
– Słyszeliście to? — rzuciłem, choć odpowiedź była oczywista.
Ciocia spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, jej twarz była blada, a usta lekko rozchylone, jakby chciała coś powiedzieć, lecz zabrakło jej głosu. Pan Czesław, choć zawsze pewny siebie i opanowany, zacisnął szczęki, jakby walczył z narastającym niepokojem.
Zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie krzewy wierzby tworzyły coś na kształt tunelu, prowadzącego w głąb wyspy. Gałęzie, długie i cienkie, kołysały się leniwie, choć powietrze stało w miejscu. Miałem wrażenie, że poruszają się same z siebie, jakby ich ruch był kontrolowany przez coś, czego nie potrafiliśmy dostrzec.
– Ratunku… – ponownie usłyszeliśmy ten sam głos, lecz tym razem był cichszy, bardziej zduszony, jakby ktoś z wysiłkiem walczył o powietrze.
Nie czekaliśmy. Weszliśmy między drzewa.
Pierwsze kroki były najtrudniejsze – krzewy i niskie gałęzie czepiały się naszych ubrań, a ściółka leśna była śliska po niedawnej burzy. Zapach mokrej ziemi mieszał się z czymś jeszcze… delikatnym, ledwie wyczuwalnym, ale wywołującym dreszcz na plecach. Woń, która nie pasowała do tego miejsca – słodkawy zapach gnijących liści i czegoś, co przypominało metaliczną nutę krwi.
– Nie podoba mi się to… – szepnęła ciocia, idąc tuż za mną.
– Nie jesteśmy tu po to, by podziwiać krajobraz – odparł cicho pan Czesław, choć jego głos był bardziej spięty niż zwykle.
Szliśmy dalej, nasłuchując, czy głos kobiety znów się odezwie. Ale teraz panowała głucha cisza. Żadnego szumu drzew, żadnych owadów, nawet własne kroki wydawały się przytłumione.
Nagle, kilkanaście kroków przed nami, wśród splątanych korzeni starego drzewa, zauważyłem coś, co sprawiło, że włosy na karku stanęły mi dęba.
Ślady.
Nie zwyczajne odciski bosych stóp w błocie, ale coś… coś innego.
Były za głębokie, jakby należały do kogoś znacznie cięższego, niż pozwalała na to ich smukłość. I było ich więcej, niż powinno – nie dwoje stóp, lecz cztery, sześć… może nawet więcej, jakby coś poruszało się na wielu kończynach.
– Boże… – wyszeptała ciocia, chwytając mnie za ramię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz