Szukaj na tym blogu

22 marca 2025

Ostatnie wakacje.

464. I dlatego nikt tam nie pływa?


Cisza była nieznośna. Tylko jednostajny warkot silnika i plusk fal uderzających o burtę.

Ciocia zacisnęła dłonie na drewnianym relingu. Była blada jak ściana.

– To… było prawdziwe? – wyszeptała w końcu.

Pan Czesław spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi.

– Lepiej nie zadawać takich pytań, – powiedział.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.

Brzeg zbliżał się powoli, a ja czułem coraz większy niepokój. Nie dlatego, że zostawialiśmy wyspę za sobą.

Ale dlatego, że miałem wrażenie, jakby coś płynęło za nami.

Nie widziałem nic w wodzie. Ani fal, ani cienia pod powierzchnią. A jednak czułem czyjąś obecność.

– Patrzcie… – wyszeptała nagle ciocia, wskazując coś palcem.

Odwróciłem głowę i wtedy ją zobaczyłem.

Na brzegu wyspy stała ta sama kobieta.

Jej biała suknia powiewała na wietrze, ale tym razem jej twarz była inna. Nie uśmiechała się już.

Teraz patrzyła na nas z czymś, co mogło być smutkiem… albo ostrzeżeniem.

A potem uniosła rękę.

Nie w geście pożegnania.

Nie w geście groźby.

Ale jakby coś za nami wskazywała.

Odwróciłem się powoli, czując narastający chłód.

W wodzie, tuż za burtą, w lustrze jeziora odbijało się coś, czego nie powinno tam być.

Niebo było ciemniejsze. Nasza łódka – pusta.

A na jej dziobie…

…stało coś, co miało twarze naszej trójki.


***


Tawerna „Pod Starym Żeglarzem” była jednym z tych miejsc, gdzie zawsze pachniało dymem, piwem i starym drewnem nasiąkniętym historiami. Znajdowała się tuż przy promenadzie prowadzącej nad jezioro, a jej okna wychodziły na spokojną taflę wody.

Tego wieczoru pan Czesław siedział przy swoim stałym stoliku w kącie, popijając ciemne piwo i obracając w palcach fajkę, choć nie zapalił jej ani razu. Wokół niego zebrało się kilku miejscowych – rybacy, starzy marynarze i przypadkowi goście, którzy słyszeli o jego opowieściach.

– Słyszeliście o Wyspie Martwego Odbicia? — rzucił nagle, wbijając wzrok w najmłodszego z obecnych.

Mężczyzna, który dopiero co przyjechał do miasteczka, uniósł brew.

– Tak ją nazywacie? – zapytał. – Na mapach nie ma żadnej nazwy.

– I dobrze. Są miejsca, które nie powinny mieć imienia – odparł Czesław, upijając łyk piwa. – Bo kiedy coś ma imię, to znaczy, że istnieje naprawdę.

W tawernie zrobiło się ciszej. Deszcz zaczął bębnić o okiennice, jakby jezioro słuchało.

– Było to dawno temu… może sto lat, może więcej. Dokładnej daty nikt już nie pamięta. Ale faktem jest, że kiedyś na tej wyspie mieszkała rodzina. Stary Karwowski, jego żona i córka, Marysia. Nie byli bogaci, ale mieli własną chatę, rybacką łódź i spokój, którego wielu mogło im zazdrościć.

– I co się stało? – zapytał ktoś cicho.

– Ludzie mówili różne rzeczy — kontynuował Czesław, przesuwając palcem po krawędzi kufla. – Że Karwowski miał zatarg z kimś potężnym, że pożyczył pieniądze od ludzi, od których nie powinien. Ale najgorsze plotki dotyczyły samej Marysi. Podobno była… inna. Miała oczy tak jasne, że wyglądały niemal na białe, i zdolność, której się bali.

– Jaką zdolność?

– Ludzie mówili, że kiedy patrzyła w wodę, widziała w niej rzeczy, których nikt inny nie widział. Przyszłość, przeszłość… dusze tych, którzy odeszli. Czasem patrzyła w fale i mówiła rzeczy, których nikt nie rozumiał. A potem się spełniały.

Pan Czesław westchnął, jakby sam nie był pewien, czy powinien mówić dalej.

– Pewnej nocy ktoś podpłynął na wyspę. Nie wiadomo, kto to był. Ale rano znaleziono chatę spaloną doszczętnie, a Karwowskich… nie było.

– Zginęli?

– Ciał nigdy nie odnaleziono. Ale od tamtej pory na wyspie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Ci, którzy się tam zapuszczali, mówili o głosach dochodzących spod wody. O odbiciach, które patrzyły na nich z opóźnieniem albo robiły coś innego niż oni.

Młody mężczyzna przełknął ślinę.

– I dlatego nikt tam nie pływa?

Czesław uśmiechnął się gorzko.

– Nie. Dlatego, że raz na jakiś czas ktoś jednak tam płynie… i nie wraca.

W tawernie zapadła cisza

A potem powietrze przeciął podmuch wiatru, który otworzył jedno z okien. Deszcz lunął do środka, a w szybie przez ułamek sekundy odbiła się twarz.

Nie należała do nikogo z obecnych.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...