460. Dziwny podmuch wiatru
Nagle, ni stąd, ni zowąd, zawołała radośnie:
– Kto pierwszy do wody!
I ruszyła co sił w nogach. Nim zdążyłem się spostrzec, już była na brzegu. W ostatniej chwili rzuciłem się w pościg, ale nie zdążyłem wyhamować – z impetem wpadłem na nią, a nasze ciała razem runęły w ciepłe, spienione fale.
Woda objęła nas miękko jak aksamitna peleryna. Śmiała się beztrosko, jej głos dźwięczał jak srebrzyste dzwonki. Pluskała na wszystkie strony, ochlapując mnie bez litości. Oczywiście nie pozostawałem dłużny — walka na wodne strugi trwała w najlepsze, a drobne krople migotały w powietrzu jak rozsypane diamenty w blasku popołudniowego słońca.
Byliśmy tak pochłonięci zabawą, że nie zauważyliśmy białego punktu majaczącego na horyzoncie. Z początku wydawał się nieistotny, niemal nierzeczywisty, ale powiększał się z każdą chwilą, aż w końcu stał się kształtem motorówki, sunącej gładko po tafli wody. Dopiero gdy była na tyle blisko, że można było dostrzec szczegóły kadłuba, zrozumieliśmy, że nie mamy już czasu na paniczną ucieczkę, zebranie ubrań i przyzwoite okrycie się.
Łódź zatrzymała się jakieś dwadzieścia metrów od nas. Pan Czesław, starszy siwy mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu, bez pośpiechu wyskoczył na płyciznę i, brodząc po kolana w wodzie, wyciągnął motorówkę na piasek.
– He, he… to pan? – wydusiłem, choć miałem nadzieję, że może jednak ktoś inny.
Pan Czesław spojrzał na mnie z pobłażliwością.
– No ja, synu. A spodziewałeś się kogoś innego?
Ciocia, która jeszcze przed chwilą śmiała się jak dziecko, nagle zanurzyła się głębiej, niemal po samą szyję, jakby woda mogła ją ukryć przed spojrzeniem starszego mężczyzny. Ja stałem jak wryty, czując, jak gorący rumieniec zalewa mi twarz.
– Martwiłem się o was, – dodał Czesław, zerkając na niebo, gdzie resztki burzowych chmur leniwie dryfowały na horyzoncie. – Ten szkwał wyglądał groźnie, ale widzę, że nic wam się nie stało.
Niezręczność całej sytuacji uderzyła mnie jak fala. Na szczęście pan Czesław zdawał się traktować to ze spokojem.
– Widzę, że świetnie się bawiliście, moi drodzy, ale chyba pora wracać do domu.
Trochę speszeni, lecz i rozbawieni, wygramoliliśmy się z wody i zaczęliśmy się ubierać w pośpiechu. Mimo że nasze ubrania zdążyły wyschnąć, wciąż czułem się nieswojo, co chwilę zerkałem na ciocię, jak delikatnymi ruchami poprawiała sukienkę.
Jedzenie, które zabraliśmy na piknik, było przemoknięte i nie nadawało się już do spożycia – mogło co najwyżej posłużyć za pokarm dla mew, które krążyły nad wyspą w poszukiwaniu resztek. Uporządkowaliśmy jednak nasze rzeczy, wrzucając papiery i folie do jednej torby, by nie zaśmiecać tego miejsca.
– Płyńcie przodem – powiedział Czesław. – Ja was asekuruję. Nie ufam tej pogodzie.
Posłuchaliśmy bez sprzeciwu. Przerzuciliśmy wszystko do naszej łódki i odwiązaliśmy ją od pala wbitego w piaszczyste dno. Woda była spokojna, tafla niemal nieruchoma. Nic nie zapowiadało kłopotów.
Nacisnąłem przycisk start. Silnik zakaszlał, zacharczał… i umilkł.
Zmarszczyłem brwi. Spróbowałem jeszcze raz. To samo.
Nie wyglądało to dobrze.
Pan Czesław tylko westchnął i pokręcił głową.
– A jednak dobrze, że po was przypłynąłem – powiedział z lekkim uśmiechem. – Wrzućcie rzeczy do mojej łodzi, popłyniemy nią. Ta pewnie ma zalany silnik.
I wtedy poczułem to.
Dziwny podmuch wiatru, który uniósł piasek, tworząc małe wiry. Zadrżałem, choć powietrze wciąż było ciepłe. Niebo było czyste, burza oddalała się na dobre. A jednak coś było nie tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz