Szukaj na tym blogu

21 marca 2025

Ostatnie wakacje.

463. Musimy wracać


A potem usłyszeliśmy głos, tym razem kobiecy.

– Nie możecie wrócić.

Spojrzeliśmy w stronę, skąd dobiegał dźwięk.

Na wodzie, kilkanaście metrów przed nami, stała kobieta. Nie unosiła się, nie tonęła – po prostu stała, jakby tafla jeziora była dla niej twarda jak ląd.

Była bosa, jej długie, ciemne włosy opadały na ramiona, a oczy… oczy miała tak czarne, że zdawały się pochłaniać światło.

– Nie możecie wrócić – powtórzyła.

A wtedy odbicie w wodzie poruszyło się samo.

Nie odbijało już nas.

Tylko coś… innego.

Cofnęliśmy się gwałtownie, ale nie było dokąd uciekać. Woda rozstępowała się pod naszymi stopami, jakbyśmy stali na cienkiej tafli lodu, gotowej w każdej chwili pęknąć i pochłonąć nas w otchłań.

Odbicia w wodzie… To nie byliśmy już my.

Ich kształty były rozmazane, nierealne, jak cienie drżące w upalnym powietrzu. Mimo to czułem, że patrzą. Patrzą na nas z niezgłębioną świadomością, której nie potrafiłem pojąć.

– Co… co to jest? – wydusiła ciocia, jej głos drżał.

Kobieta na wodzie nie odpowiedziała od razu. Uniosła dłoń i wskazała na nas palcem.

– Odbicie tego, kim naprawdę jesteście.

Serce zaczęło mi łomotać w piersi.

– Bzdura! – krzyknął pan Czesław. – Kim jesteście?! Co to za miejsce?!

Kobieta tylko się uśmiechnęła. I w tym uśmiechu było coś… niepojęcie starego. Jakby znała odpowiedź, której wolelibyśmy nigdy nie usłyszeć.

– To miejsce nie istnieje – powiedziała cicho.

Wtedy tafla wody poruszyła się, jakby coś spod spodu próbowało się wydostać. Odbicia w wodzie zaczęły się zmieniać. Teraz wyglądały jak my – ale nie my teraz. To byliśmy my… starsi, zmienieni, inni.

Mój sobowtór w wodzie miał twarz pooraną głębokimi bruzdami, oczy czarne jak smoła. Patrzył na mnie z wyrazem dziwnej litości, jakby już znał koniec tej historii.

A potem odezwał się… moim własnym głosem.

– Już raz tu byliśmy.

Poczułem, jak całe ciało przeszywa lodowaty dreszcz.

– Kłamiesz! – zawołałem, choć nie byłem tego pewien.

– Nie pamiętasz? – zapytał mój sobowtór z wodnego lustra. – Zawsze wracamy.

Pan Czesław sięgnął po nóż, który zawsze nosił przy pasku, i zrobił krok do przodu, jakby gotów przebić tym ostrzem całą tę koszmarną iluzję.

Ale zanim zdążył zrobić cokolwiek…

…świat się rozpadł.

Nie było już wody. Nie było kobiety. Nie było wyspy.

Tylko czerń.

A potem – znów – znajome dźwięki. Szum fal. Skrzek mew. Ciepło słońca na skórze.

Otworzyłem oczy.

Stałem na plaży, a obok mnie pan Czesław i ciocia. Wszystko wyglądało tak, jak przedtem. Jakby nic się nie wydarzyło.

Ale wiedziałem, że to nieprawda.

Pan Czesław spojrzał na mnie. W jego oczach było coś, czego wcześniej tam nie widziałem.

– Czujesz to, synu?

Pokiwałem głową, nie mogąc znaleźć słów.

Tak, czułem.

To się już kiedyś wydarzyło. I to nie pierwszy raz.

– Musimy wracać,– powiedział pan Czesław i jeszcze raz wszedł do swojej łódki. Pociągnął za linkę rozrusznika i tym razem silnik zaskoczył bez problemu. Pracował równo, jakby nigdy nie było żadnej awarii.

– Siadajcie. Nie chcę tu już więcej być, – dodał niemal szeptem.

Bez słowa wykonaliśmy polecenie. Wciąż mieliśmy w głowach obrazy, które widzieliśmy na wodzie. Przeszywające spojrzenia naszych własnych odbić. Te słowa, których nie mogliśmy zrozumieć.

Łódka z trzema pasażerami oddaliła się od brzegu wyspy i równym tempem zmierzała w stronę molo po drugiej stronie jeziora.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...