462. Najpierw usłyszeliśmy kroki.
Pan Czesław kucnął i dotknął jednego z odcisków. Błoto wokół nich było wilgotne, ale sam ślad… był suchy.
– To świeże, – powiedział cicho.
Wszyscy wstrzymaliśmy oddech.
I wtedy, jak na zawołanie, krzewy przed nami zaczęły się rozchylać. Nie gwałtownie, nie jakby ktoś przez nie biegł. Rozsuwały się powoli, cicho, jakby coś sunęło przez nie na ugiętych nogach, zbliżając się do nas bez pośpiechu, lecz z nieubłaganą pewnością.
A potem… zobaczyliśmy cień.
Coś wysokiego, szczupłego, zbyt wysokiego jak na człowieka, poruszało się między drzewami, jego kontury zdawały się falować jak cień rzucany przez drżące światło.
I wtedy znów usłyszeliśmy głos kobiety.
Tylko że tym razem pochodził… z ust tego, co stało przed nami.
– Ratunku… – wyszeptało, naśladując ludzki głos, lecz bez życia, bez emocji.
Serce zatrzymało mi się w piersi.
Ciocia krzyknęła.
A ja… nie byłem w stanie się ruszyć.
Nagle wszystko zniknęło. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Cień rozpłynął się w powietrzu, krzewy przestały drżeć, a głos kobiety umilkł, jakby nigdy go tu nie było. Zapanowała niepojęta, złowroga cisza – taka, która sprawiała, że skóra cierpła, a serce biło zbyt głośno w piersi.
Zlani zimnym potem, sparaliżowani strachem, zaczęliśmy się powoli wycofywać. Nikt nie wydał żadnej komendy, nie padło ani jedno słowo, ale wszyscy doskonale rozumieli, co mają robić.
Pan Czesław, choć zwykle pewny siebie i stanowczy, stawiał kroki ostrożnie, jakby bał się, że nawet szelest liści może coś sprowokować. Ciocia trzymała się blisko mnie, jej oddech był płytki i urywany. Sam czułem, jak moje ciało drży, jak zimny pot spływa mi po plecach.
Minęła chwila, może kilka sekund, może kilka minut – czas przestał mieć znaczenie. W końcu, gdy wydawało się, że jesteśmy już blisko skraju zagajnika, poczułem delikatny powiew wiatru na twarzy.
I wtedy to się zaczęło.
Najpierw usłyszeliśmy kroki. Ciche, nieregularne, ale wyraźnie zbliżające się. Nie przypominały ludzkich – brzmiały tak, jakby coś pełzało, ciągnąc za sobą długie, ciężkie kończyny.
Potem znów usłyszeliśmy głos.
– Nie uciekajcie…
Brzmiał znajomo. Zbyt znajomo.
Zamarłem, czując, jak serce podchodzi mi do gardła. Powoli odwróciłem głowę.
I wtedy to zobaczyłem.
Za nami, między drzewami, stała postać. Miała naszą twarz. Każdego z nas.
Trzy sylwetki, identyczne jak my, stały w głębokim cieniu, patrząc na nas pustymi oczami.
A potem, jednocześnie, wszystkie uśmiechnęły się szeroko.
– Kim jesteś…? Czego od nas chcesz? — Pan Czesław odezwał się drżącym, lecz wciąż stanowczym głosem.
Postacie nie odpowiedziały od razu. Stały nieruchomo, a ich uśmiechy zdawały się jeszcze bardziej rozciągać w nienaturalny sposób. Coś było w nich głęboko niepokojącego – nie tylko ich wygląd, ale i to, jak patrzyły. Jakby wiedziały o nas wszystko. Jakby były częścią nas.
Cisza ciążyła nam na barkach jak niewidzialny ciężar. W końcu jedna z postaci – ta, która wyglądała dokładnie jak pan Czesław – zrobiła krok naprzód.
– Przecież już wiesz, – powiedziała jego głosem.
Pan Czesław zesztywniał. Spojrzał na nią z mieszaniną lęku i niedowierzania.
– Nie, to… niemożliwe…
– A jednak.
Jednocześnie dwie pozostałe postacie ruszyły w naszym kierunku. Moja kopia i kopia cioci poruszały się w idealnej harmonii, stąpając po ziemi bezszelestnie, jak cienie.
Zrobiłem krok w tył, ale poczułem, że ziemia pod moimi stopami jest dziwnie miękka. Spojrzałem w dół.
Piach…? Nie. To była woda. Staliśmy na brzegu jeziora, ale przecież przed chwilą byliśmy jeszcze w lesie!
Oddech uwiązł mi w gardle. Wszystko wokół się zmieniło. Nie było już drzew, nie było wyspy. Znaleźliśmy się pośrodku spokojnej tafli wody, tak nieruchomej, że odbijała niebo niczym lustro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz