Szukaj na tym blogu

15 maja 2025

Ostatnie wakacje.

503. Wpadła na mnie jak burza.


A ja? No cóż… Miałem na sobie tylko tę jaskrawą, hawajską koszulę – pełną palm, słońc i uciech, zupełnie jakby miała zamaskować moje nagie emocje. Ach, tak, zapomniałbym – buty. Też miałem buty. Sandały. Zwykłe, skórzane, zupełnie niepasujące do powagi tej chwili.

I tak staliśmy naprzeciwko siebie – nadzy w swojej obecności, odsłonięci nie tyle fizycznie, co intymnie, duchowo. Czy mogliśmy w tamtym momencie sięgnąć nieba? Ukradkiem porwać je dla siebie, choć na chwilę? Może tak… Ale przecież nie byliśmy sami. Wokół nas siedziały kobiety – milczące obserwatorki tej niepisanej historii. Kilka par ciekawskich oczu, w których kryła się nie tylko zazdrość, ale też fascynacja. Czekały. Na gest, na szept, na dalszy ciąg tej zmysłowej opowieści.

A czas? Czas, jak to ma w zwyczaju, stanął z boku. Złożył ręce i patrzył, nie chcąc ani przyspieszyć, ani przerwać tego, co właśnie miało się wydarzyć.

I wtedy stał się cud – jakby samo przeznaczenie, znudzone swoją bierną rolą, postanowiło wkroczyć na scenę i wepchnąć nas sobie w ramiona. Niczego nie planowaliśmy. Żadnych ruchów, żadnych słów – a mimo to wszystko wyglądało tak, jakby reżyser z nieba rozdał role i rozrysował ujęcia z dokładnością godną oscarowego filmu.

Natalia przechyliła lekko głowę, w tym swoim charakterystycznym, figlarnym geście. Uśmiechnęła się słodko, a w jej policzkach rozkwitły dwa niewinne dołeczki – te same, które potrafiły rozbroić nawet największy cynizm. I właśnie wtedy – jak w komi-tragedii pisanej przez pijanych greckich bogów – chciała zrobić krok do przodu, może jeszcze coś powiedzieć… ale potknęła się. Owinęła się nogami o tę swoją niebiesko-białą sukieneczkę, która leżała jak zdradliwa pułapka u jej stóp. Zachwiała się, jakby przez chwilę straciła kontakt z grawitacją – i poleciała.

Nie, to nie był upadek. To był lot. Przez krótką chwilę wyglądała jak motyl, który pomylił wiatr z ramieniem. A może nie motyl? Może bardziej jak nieporadny, choć uparty kormoran, który mimo wszystko wierzy, że może zatańczyć w powietrzu. I wtedy znalazła się u moich stóp – z impetem, z chaosem, z pięknem tej nieprzewidywalności.

Wpadła na mnie jak burza, jak fala, jak śmiech losu. Odruchowo chwyciła się moich bioder, szukając równowagi, jakby to one były ostatnią bezpieczną wyspą. A potem… powoli osunęła się w dół, zsuwając się po moim ciele jak kropla deszczu po szybie. W końcu uklękła, obejmując mnie za pośladki, zupełnie nieświadoma, jak absurdalnie zabawna i zarazem intymna stała się ta sytuacja.

Nie wiedziałem, czy powinienem się śmiać, czy raczej zamilknąć z powagą, jakby ten moment był czymś więcej niż tylko niefortunnym potknięciem. Przez ułamek sekundy w jej oczach dostrzegłem coś, co kłuło mnie w serce – przerażenie. Może wstyd. Może niepewność.

Ale zaraz potem, jakby wszystko wróciło do porządku, uśmiechnęła się znów – tym swoim cudownym, rozbrajającym uśmiechem. I świat, ten przewrotny reżyser, zdawał się puścić do nas oko zza kurtyny.

Jeszcze nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co właśnie się wydarzyło. Świadomość dopiero powoli do niej docierała – jak fale przypływu, które najpierw ledwie muskają brzeg, zanim z impetem rozbiją się o skały. Nadal klęczała przede mną, wciąż obejmując mnie za pośladki, jakby odruch ten miał ją uchronić przed upadkiem, jakby ja – ten przypadkowy bohater sceny – miałem być jej kotwicą w rzeczywistości, która właśnie zaczynała się chwiać.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...