505. Czy mogę?
Jej ciało zadrżało delikatnie, niczym rosa spływająca po płatkach kwiatu o świcie. Drgnęły pełne, jędrne piersi – te dwa niewinne jabłuszka, które tak niefrasobliwie igrały z grawitacją – a zaraz po nich poruszyły się biodra, jakby chciały zatańczyć do melodii, którą tylko ona słyszała. Pośladki napięły się i zadrżały lekko, obiecując więcej, niż mówiły słowa. A potem spojrzała na mnie z uśmiechem – tym samym, który mówił więcej niż cała encyklopedia. Tym uśmiechem kobiety, która właśnie podjęła wyzwanie. W jej oczach nie było już lęku. Była decyzja. I iskra.
Wiedząc, że właśnie wszystko się zaczyna, a w żyłach zaczyna krążyć ogień zamiast krwi, jednym, szybkim ruchem zrzuciłem z siebie tę kolorową, hawajską koszulę. Spadła na podłogę jak zwiastun przemiany – z lekkim szelestem, jakby nawet ona zrozumiała, że jej rola dobiegła końca. „Może się jeszcze przyda,” pomyślałem z przekornym uśmiechem, zerkając kątem oka na Natalię — pierwszą zawodniczkę tych niecodziennych igrzysk.
Teraz, gdy areną miała stać się podłoga, dywan, nasze spojrzenia i pulsujące napięcie między ciałami, poczułem się jak posąg wyrzeźbiony w starożytności – z tej surowej, nieugiętej skały, która nie zna strachu. Byłem twardy. Gotowy. Wystawiony na spojrzenia, lecz skupiony wyłącznie na niej. Moje ciało nie należało już tylko do mnie, było deklaracją, wyzwaniem i odpowiedzią zarazem. A każde jego włókno krzyczało: „Niech się zacznie.”
To był dopiero początek zabawy. Ta gra erotyczna nie była jak inne zwykłe zbliżenia. Była jak poezja pełna magii i przenośni. Mój wielki, natęczniały penis był niczym gigantyczny flet, na którym ona, ta drobna, niepozorna, lecz niezwykle urocza dziewczyna, miała zagrać najpiękniejszą melodię, jaką mogłem sobie wyobrazić. Melodię, która miała poruszyć wszystkie moje zakamarki.
Zmrużywszy oczy niespiesznym ruchem, przegięła go w stronę swoich ust, by po chwili dolną częścią głowicy, tam gdzie gruba, oplatająca ją żyła, kończy swój bieg, dotknęła ich delikatnie. To było muśnięcie, niczym trzepot skrzydeł motyla. Ale wywołało w moim ciele lawinę intensywnych doznań, jakby samo w sobie było najdoskonalszym wydaniem sztuki.
Świat zawirował wokół mnie. Zwykłe rzeczy nabierały nowego, wielkiego znaczenia. Chwilę później jeszcze raz uniosła swój wzrok. Tym razem jednak nie patrzyła już na koleżanki. Nie patrzyła już nawet na ciocię Antoninę. Tym razem spojrzała prosto w moje oczy. A jej spojrzenie nie było przelotnym, nic nieznaczącym zawieszeniem wzroku, lecz zdawało się przeszywać mnie na wskroś. Było uważne, głębokie, jakby chciała wniknąć wprost w moje myśli. Wiedziałem, że to nie były wygłupy, jakich wiele na podobnych przyjęciach. Patrzyła na mnie bardzo uważnie. Jej usta rozchyliły się, jakby chciała zapytać:
“Czy mogę?”
Ten gest był bardzo wymowny, inny niż pozostałe. Nie pozostawiał wątpliwości co do jej intencji. Działała metodycznie i precyzyjnie.
W tym samym czasie jej drobna dłoń jakby zupełnie przypadkowo uniosła się, a później opadła na moje wielkie, podniecone przyrodzenie. Najpierw zakryła wielki wór z ciężkimi jajami, a później dolną część grubego, sękatego trzonu, który swym kształtem przypominał gałąź sosnową. W oczach Natalii płonęło pytanie:
“Czy mogę rozpocząć tę grę?”
Choć w pokoju było ciepło, czułem, że drży.
Parę sekund później stało się coś, co wyrwało mnie z przysłowiowych butów. Natalia zrobiła coś tak odważnego, wyuzdanego, a jednocześnie w swojej najgłębszej istocie niezwykłego i niewinnego, że niemal czułem, jak mój mózg eksploduje. Takiego gestu po tej pięknej dziewczynie się nigdy bym się nie spodziewał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz