Szukaj na tym blogu

10 sierpnia 2025

Niewinna prowokacja

1. Słodkawy aromat kwiatów


Historia, którą pragnę opowiedzieć, wykracza daleko poza ogólnie przyjęte normy społeczne. Ale czym właściwie są te normy? Kto je ustala i w czyim interesie mają obowiązywać? Czy zawsze warto się ich kurczowo trzymać, jakby były niepodważalnym prawem natury? A może czasem trzeba świadomie wyjść poza ciasne ramy zakazów i nakazów, odwrócić się od tłumu i ruszyć pod prąd – w poszukiwaniu nowych doznań, mocniejszych emocji, świeżych barw życia?

Przygoda, którą opiszę, istniała gdzieś na granicy jawy i snu, baśni i rzeczywistości. Pachniała czymś zakazanym, a jednak przyciągała mnie jak magnes. Była niepokojąca, a jednocześnie piękna. I choć mogłaby uchodzić za wytwór wyobraźni, wydarzyła się naprawdę.

Emilię widywałem wiele razy, choć to było dobrych kilka lat temu. Wtedy – zwykła dziewczyna. Rozbrykana smarkula, jeszcze dzieciak. Chodziła do gimnazjum. Pamięć jest wybiórcza – zostały mi w głowie tylko jakieś błahe szczegóły. Nie wzbudziła we mnie większego zainteresowania, bo i jak mogła? Jak to się mówi – płaska z przodu, płaska z tyłu. Chuda jak patyk. Ani biustu, ani bioder, ani nawet krągłych pośladków.

Wyróżniała ją tylko ta zadziorna twarz, bystre ciemne oczy i zadarty nosek. Oj, potrafiła być pyskata – zaczepna i złośliwa jak mały chochlik. Czasami doprowadzała mnie do szału. Bywały momenty, że miałem ochotę nią porządnie potrząsnąć… Ale przecież dzieci się nie bije.

Tylko czy ona naprawdę była jeszcze dzieckiem? Może raczej takim podlotkiem – nieopierzonym, ale już wchodzącym w dorosłość? Czy kiedykolwiek w mojej głowie pojawiła się myśl, że mogłaby stać się obiektem pragnień? Świadomie – na pewno nie. A jednak… gdzieś głęboko, pod grubymi warstwami rozsądku, zasad i wyuczonej powściągliwości, tliło się coś małego, gorącego. Iskra. Z czasem spychałem ją coraz głębiej – bo tak nie wypada, bo to córka dobrych znajomych, bo wciąż była nieletnia.

I jeszcze to „wujku”. Słowo rzucone w żart, z przyzwyczajenia. Żadnej więzi krwi, tylko forma. Ale forma potrafi być więzieniem.

Nie wiem, po co właściwie wlazłem do tego ogrodu. W tym małym, zapomnianym miasteczku byłem tylko przejazdem. Szedłem chodnikiem w stronę dworca autobusowego, z myślą, że za chwilę stąd zniknę. Nie planowałem ich odwiedzać. Spieszyłem się, a poza tym wiedziałem, że dziś w domu nikogo nie ma.

Było południe, a słońce stało wysoko, rozlewając z nieba ciężki, lepki żar. Życie w miasteczku zdawało się uśpione – w środku wakacji, w samym sercu dnia. Asfaltowe ulice, zupełnie puste, falowały od rozgrzanego powietrza, a chodnikami przemykali pojedynczy przechodnie, skuleni w cieniu, jakby chcieli zniknąć. Z oddali słychać było jednostajne brzęczenie owadów, a w powietrzu unosił się zapach nagrzanej trawy i kurzu.

I wtedy, sam nie wiedząc dlaczego, skręciłem w znajomą bramę.

Kiedy pchnąłem starą, zardzewiałą furtkę, ta ustąpiła z nieprzyjemnym, metalicznym zgrzytem, po czym zatrzymała się w pół drogi – jakby sama wahała się, czy powinna mnie wpuścić. Przez moment stałem w tym zawieszeniu, po jednej stronie codzienność i asfaltowa ulica, po drugiej – ten sam co przed laty, zarośnięty jaśminem, bzem, dzikim powojem i wijącą się winoroślą skrawek prywatnej przestrzeni.

Była to mała wyspa – enklawa spokoju, odgrodzona od reszty świata zieloną, pachnącą zasłoną. Cisza, która tu panowała, wydawała się gęstsza niż na opustoszałej ulicy. Docierało do mnie tylko delikatne ćwierkanie wróbli, jednostajny brzęk owadów i miękki szelest liści, poruszanych leniwym, letnim podmuchem. Powietrze niosło słodkawy aromat kwiatów zmieszany z zapachem nagrzanej ziemi.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...