3. Pożądliwy wzrok
I to właśnie ta sprzeczność w niej, ta granica między dzieciństwem a dorosłością, rozrywała mnie od środka. Emilia – ta sama, a jednocześnie zupełnie nowa.
Czułem się, jakbym stawał przed najważniejszym egzaminem w życiu. Serce waliło mi jak oszalałe, a myśli wirowały w głowie niczym tornado. A jednak byłem tu, wszedłem o dwa kroki za daleko. Powinienem odwrócić się i odejść. Ale było już za późno. Nie potrafiłem.
Jej obraz wymykał się wszelkim regułom. Nie znalazłem słów, które oddałyby tę czystą, subtelną, młodzieńczą aurę – naturalne piękno i powab, które emanowały z niej bez wysiłku. Była jak obraz malowany niewypowiedzianymi pragnieniami, snem i tęsknotą za utraconym rajem.
A jednak, kiedy patrzyłem z dystansu – tak, zdarzało mi się to – musiałem przyznać, że nie było w niej nic wyjątkowego. Dziwne, prawda? Emilia nie była pięknością rodem z okładek magazynów. Twarz zwyczajna, niemal przeciętna. Ciało – podobnie.
Jej włosy, proste i sięgające połowy pleców, miały kolor trudny do określenia. Blond? A może coś ciemniejszego? Może kiedyś były jasne jak len, gdy była dzieckiem, ale teraz – już nie do końca.
Patrzyłem na jej trójkątną twarz z kształtnymi ustami, małym, lekko zadartym noskiem, przenikliwymi brązowymi oczami i uniesionymi brwiami. Wąskie, odkryte ramiona, piersi skryte pod półprzezroczystą, delikatną koszulką – wszystko to mówiło, że wciąż była gdzieś na granicy dojrzewania lub tuż po nim.
Szerokie biodra, kształtne pośladki i jędrne uda zdradzały, że miała materiał na pełnoprawną, dorodną kobietę. Nie teraz – za kilka lat. Teraz jeszcze była tym czymś pomiędzy.
Więc co było w niej takiego niezwykłego? Co tak przyciągało mój wzrok i jednocześnie mnie paraliżowało? Zajęło mi chwilę, zanim to zrozumiałem. To była młodość – ten moment zawieszenia między dzieciństwem a dorosłością, między niewinnością a dojrzałością.
Była już za stara, by nazywać się dzieckiem, ale jeszcze za młoda, by powiedzieć sobie: jestem dorosła. W niej to zawieszenie było wyjątkowo wyraźne, niemal namacalne. Miała już wszystko, co powinna mieć dojrzała kobieta: niewielkie ale dobrze ukształtowane piersi ze sterczącymi, sztywnymi sutkami, dużymi, chropowatymi brodawkami, które wyraźnie odznaczały się pod cienką bluzeczką, szerokie biodra, krągłe pośladki, jędrne gładkie uda. Jednocześnie wszystko to przypominało zielone, kwaśne jabłko – niedojrzałe, pełne potencjału, ale jeszcze nie gotowe.
Patrzyła na mnie śmiało – bez skrępowania, zażenowania, niepewności czy lęku. W jej ciemnych oczach tliła się zwykła ciekawość, czyste zainteresowanie, bez żadnych ukrytych intencji czy niepotrzebnych ocen.
Bo oto pojawił się ktoś nowy w jej świecie. I to nie oznaczało od razu strachu. Wręcz przeciwnie – to była naturalna potrzeba sprawdzenia, zbadania, dowiedzenia się, kim ten ktoś jest i czego chce. Tak działały dzieci – istoty nieskażone jeszcze ciężarem codzienności, które z wrodzoną otwartością eksplorują świat.
No cóż, doznałem szoku. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie… fakt, że Emilka była ubrana nie do końca tak, jak powinna. Nie chodziło o brak konkretnego elementu garderoby, lecz o to, że to, co miała na sobie – a powinno dyskretnie skrywać jej naturalne kształty – robiło to niedokładnie, niemal prowokująco.
Delikatna, półprzezroczysta, choć matowa koszulka nocna na cienkich, wąskich ramiączkach odsłaniała każdy zarys tego, co kryło się pod spodem. Jej jędrne sterczące piersi, ukryte w tej lekkiej tkaninie, wydawały się jeszcze bardziej ponętne, niż gdyby były całkowicie odkryte i wystawione na mój pożądliwy wzrok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz