2. Osiemnaście lat
Kiedy zdałem sobie sprawę, gdzie stoję, a świadomość, że nie powinienem tu być, zaczęła przebijać się przez letni spokój, było już po wszystkim. To ta dziwna chwila w życiu, kiedy jedna sekunda decyduje o wszystkim – jeszcze przed chwilą mógłbym zrobić krok w tył, zawrócić, udawać, że nic się nie stało. Ale nie teraz. Teraz było już o tę jedną, krótką sekundę za późno. Za późno, by się wycofać. Za późno, by uciec.
Czy żałowałem? Pewnie tak… a może tylko chciałem w to wierzyć. Bo kiedy przekroczyłem tę cienką, ledwie widoczną granicę, coś we mnie pękło. Straciłem kontrolę nad sobą – jakbym przestał być człowiekiem z krwi i kości, a stał się maszyną poruszaną przez cudze impulsy. Sztywny, odrętwiały, a jednocześnie wewnętrznie rozpalony. Sparaliżowany, a jednak napędzany siłą, której nie potrafiłem nazwać.
Byłem poddany czemuś starszemu niż rozum – czystym, pierwotnym instynktom, które nie pytały o pozwolenie. Rozsądek zamilkł. Świadomość… odpłynęła. Zostało tylko to, co we mnie najprostsze i najtrudniejsze do okiełznania.
To było jak objawienie. Jak nagłe olśnienie, które sprawia, że wszystko wokół traci znaczenie. Poczułem, że nagle stałem się sobą – nie tym, kim byłem na co dzień, ale kimś głębszym, starszym, ukrytym gdzieś wewnątrz przez całe moje dotychczasowe życie. Jakby dawno zamknięte drzwi w mojej głowie otworzyły się bezgłośnie, a to, co przez lata tłumione, nagle wypełniło mnie po brzegi – przestrzenią, energią, pragnieniem.
Miałem wrażenie, że całe życie czekałem właśnie na tę jedną chwilę. Ten jeden moment, w którym coś we mnie powie: „to jest to”. Było w tym coś upajającego i przerażającego naraz. Czułem się jak alkoholik, który po latach trzeźwości nagle znajduje się w sklepie, w którym półki uginają się od butelek – każda z nich krzyczy jego imię. Wiedziałem, że nie mam żadnej siły, by się oprzeć. I że nie chcę jej mieć.
Emilia siedziała na brzegu niewielkiego basenu, który lata temu miał zupełnie inne przeznaczenie – kiedyś służył bogatym ludziom za jacuzzi. Teraz stał samotnie na środku trawnika, trochę jak relikt z innej epoki. Jurek po prostu przyniósł go tu, postawił i nalał wody z węża ogrodowego. Proste, prymitywne rozwiązanie, a jednak w ten skwarny dzień wydawało się luksusem, którego nie sposób przecenić.
To był kawał solidnego, niebieskiego akrylu – wysłużony, z drobnymi rysami, ale wciąż niezniszczalny. Taki, który widział niejedno i nadal miał przed sobą długie lata. Idealny na takie dni jak dziś, gdy powietrze stało w miejscu, a od asfaltu bił gorący oddech lata. Idealny… dla takiej dziewczyny jak Emilia.
Boże, Emilia… ile to już lat minęło? Trzy? Policzyłem w myślach, ale czas zdawał się zastygać. Cały drżałem, mimo że byłem zlany potem, i próbowałem przywołać obraz jej sprzed lat – z czasów, gdy jeszcze chodziła do szkoły. To nie mogło być możliwe. Bo przecież wyglądała dokładnie tak samo jak wtedy.
W głowie miałem burzę myśli, serce waliło mi jak oszalałe, a ja wpatrywałem się w nią, jakby od tego zależało całe moje życie. Kalkulowałem, porównywałem – co się zmieniło? Przecież była ta sama. A jednak… stała się inna. Dojrzała. Choć w moich oczach wciąż była dzieckiem. Nie – dzieckiem już na pewno nie. Teraz musiała mieć co najmniej osiemnaście lat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz