15. Moja kolej
Weronika zamruczała wokół mnie, a jej dźwięk – rozpaczliwy, nasycony pragnieniem – zdradzał, że czerpie z tego tyle samo rozkoszy co ja. To była jej troskliwość, ta sama opiekuńcza natura, teraz wykrzywiona w coś surowego, pierwotnego. Brała to, czego pragnęła, oddając mi w zamian rozkosz, a jej całkowite zatracenie w tym akcie działało jak najpotężniejszy afrodyzjak.
Lecz to Lidka pchnęła mnie w otchłań.
Poczułem jej ruch za Weroniką – jej spocone, krągłe ciało przylgnęło do mojego boku. Jej pełny, zmysłowy tyłek musnął moje biodro, gdy się nachyliła, a jej gorący oddech połaskotał moje ucho.
– Puść się – szepnęła, jej głos, wciąż ochrypły po niedawnym uniesieniu, tchnął mroczną, palącą ciekawością. – Ona chce cię całego. A ja chcę patrzeć, jak cię smakuje.
Jej słowa były jak klucz, który zwolnił ostatnią zapadkę. Moje ciało napięło się jak cięciwa, gotowa pęknąć. Z mojej piersi wyrwał się głęboki, pierwotny ryk. Weronika wyczuła to – pulsowanie, które zdradzało moje zbliżające się uwolnienie – i podwoiła swoje starania. Jej głowa poruszała się szybciej, gardło pracowało z desperacją, chłonąc wszystko, co miałem jej do oddania.
Świat rozmył się w biało-gorącej fali doznań. Moje uwolnienie było jak rwący potok, niepowstrzymana seria impulsów, które Weronika przyjmowała z nienasyconym głodem. Jej gardło zaciskało się wokół mnie, a drobna strużka perłowej bieli wymknęła się z kącika jej ust, znacząc lśniącą ścieżkę na jej skórze. Drgałem, moje nogi trzęsły się gwałtownie, podtrzymywane jedynie przez dwie kobiety, które mnie otaczały, pochłaniały, czyniły swoim.
Przez mgłę uniesienia dostrzegłem Marikę, która uniosła się na łóżku, jej oczy płonęły triumfalnym blaskiem. Wyciągnęła dłoń, lecz nie ku mnie – ujęła brodę Weroniki, a jej kciuk delikatnie rozcierał perłowy ślad na opuchniętej wardze przyjaciółki.
– Grzeczna dziewczynka – zamruczała ochrypłym głosem, pełnym aprobaty. – Wychłeptałaś go do ostatniej kropli.
Usta Weroniki w końcu uwolniły mnie z cichym, wilgotnym cmoknięciem. Dyszała ciężko, jej twarz promieniała zmęczoną, lecz roziskrzoną satysfakcją. Oblizała wargi, smakując resztki naszej bliskości, a jej spokojny uśmiech zdradzał spełnienie. Troskliwa przewodniczka, która prowadziła nas z taką starannością, nasyciła teraz swoje głębokie pragnienie, zaspokajając je w najbardziej intymny sposób.
Osunąłem się na dywan, moja pierś falowała w rytmie urywanych oddechów. Powietrze, gęste od piżmowego, słodkawego zapachu namiętności i potu, otulało nas niczym mgła. Przez długą chwilę słychać było jedynie nasze nierówne oddechy, splatające się w cichej symfonii.
To Lidka przerwała milczenie. Nie poruszyła się, wciąż klęcząc obok mnie, jej oczy lśniły nowym, nienasyconym głodem. Przesunęła palcem po wilgotnym chaosie na moim brzuchu, a jej dotyk wywołał dreszcz w mojej nadwrażliwej skórze. Uniosła palec do ust, jej język musnął go powoli, smakując mnie, nie odrywając wzroku od moich oczu. Na jej twarzy rozkwitł szelmowski, powolny uśmiech.
– Moja kolej – wyszeptała niskim, pełnym obietnicy pomrukiem. – Jeszcze z tobą nie skończyłam.
Jej palec, lśniący od naszego połączonego smaku, musnął moją dolną wargę, po czym delikatnie wsunął się do moich ust. Słony, piżmowy aromat naszej rozkoszy działał jak afrodyzjak, a mój język oplótł jej palec, smakując go do czysta. Oczy Lidki pociemniały, a jej łobuzerski uśmiech poszerzył się. „Moja kolej” – jej słowa odbijały się echem w mojej głowie, niosąc obietnicę czegoś jeszcze bardziej nieokiełznanego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz