4. Wiem czego chcecie.
Drzwi zaskrzypiały ponownie i uchwaliły się po raz drugi. Powietrze, wciąż ciężkie od woni namiętności i potu, rozstąpiło się przed postacią w progu. To była Lidka. Stała tam, jej sylwetka rysowała się w blasku korytarza, niczym anioł wkraczający w nasz zmysłowy, ciasny eden. Nie wierzyłem własnym oczom. Zaledwie kilka dni temu rozdzieliła nas błaha kłótnia, pełna niewypowiedzianego napięcia. Teraz była wizją, która odbierała mi oddech.
Lidka, wysoka i smukła, zdawała się utkana z letniego blasku. Krótka, zwiewna sukienka w kwiaty opływała jej uda, ramiączka subtelnie wplatały się w ramiona, a głęboki dekolt pieścił wzrok, odsłaniając drobne, idealnie uformowane piersi. Kaskada jedwabistych, blond włosów spływała aż do krzyża, przerzucona niedbale przez ramię. W dłoni dzierżyła gruby podręcznik – surowe memento świata poza tym dusznym, pulsującym żądzą pokojem. Jej długie, muśnięte słońcem nogi zdawały się sięgać wieczności. W takiej kobiecie można utonąć, oddając serce.
Jej błękitne oczy, rozwarte w pierwszym odruchu zmieszania, przesunęły się po scenie: ja, nagi na pogniecionej pościeli, z wciąż lśniącym, powoli mięknącym członkiem; połysk naszego wspólnego uniesienia na moim brzuchu i torsie; Marika i Weronika, rozpalone, cudownie obnażone, ich skóra migotała w blasku. Na twarzy Lidki rozkwitło zrozumienie – nagły błysk zaskoczenia, ciekawości, a potem czystej, niepohamowanej paniki.
Cofnęła się o pół kroku, jej usta uformowały idealne „O”.
– Ja… przyszłam tylko po książkę… Myślałam… – wyszeptała, a jej głos drżał, naznaczony lękiem.
Lecz dziewczęta już ruszyły, niczym zsynchronizowana fala nagiej energii. Marika, z drapieżnym uśmiechem, i Weronika, której nieśmiałość spłonęła w ogniu nowej, elektryzującej odwagi, zsunęły się z łóżka i zablokowały drzwi, nim Lidka zdążyła umknąć.
– Zostań! – rozkazała Marika, jej głos niski, przesycony figlarnym rozbawieniem. Każda z nich chwyciła ją za rękę – stanowczo, lecz bez okrucieństwa – wiodąc oszołomioną blondynkę w głąb pokoju. Podręcznik wysunął się z jej bezwładnych palców, lądując z cichym trzaskiem.
– Dziewczyny, co wy…? Ja nie… Boże, czego chcecie? – Protest Lidki był kruchy, jej wzrok skakał od mojej twarzy do ich twarzy, z powrotem na mnie, jak u spłoszonego stworzenia.
Śmiech Mariki, niski i ochrypły, rozlał się w powietrzu.
– Chcemy, byś poczuła jego płonącego Jasia – rzuciła, jakby to była najprostsza prawda wszechświata. Jej spojrzenie musnęło zwiewną sukienkę Lidki. – To maleństwo samo się o to prosi.
Jej zwiewna sukienka, krótka jak letni sen, ledwie muskała krągłość jej pośladków, a wiązania na biodrach zdawały się błagać o rozwiązanie. Pragnąłem wyciągnąć dłoń, unieść tę tkaninę i odkryć skrywane tajemnice.
Lecz Lidka poruszyła się pierwsza. Ogarnął ją osobliwy, buntowniczy spokój. Wbrew moim oczekiwaniom, na jej wargach rozkwitł powolny, powściągliwy uśmiech. Odwróciła się do nas plecami, jej sylwetka niczym wyzwanie w pulsującym świetle.
– Wiem czego chcecie. Chcecie zobaczyć moja dupę, prawda? – zapytała, a jej głos, nasycony nowym, kuszącym tonem, zawisł w powietrzu. – Wiem, że chcecie? No to… patrzcie.
Nie pojmowałem, skąd taka śmiałość u tej skromnej dziewczyny, lecz w następnej chwili jej dłonie spoczęły na rąbku sukienki. Powoli, z niemal rytualną gracją, zaczęła unosić cienki materiał, odsłaniając centymetr po centymetrze. Tkanina zsunęła się w górę, odkrywając aksamitną gładkość ud, a potem rozkoszną krągłość pośladków, oprawionych w maleńkie, błękitne majtki – skrawek koronki, jaskrawy kontrast dla jej muśniętej słońcem skóry. Mój oddech przyspieszył, serce pulsowało narastającym żarem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz