480. Teraz mam już wszystko.
Dopiero po dłuższej chwili uniosła głowę i spojrzała mi prosto w oczy. Jej wzrok był ciepły, a zarazem nieśmiały. Uśmiechnęła się delikatnie, zagryzając dolną wargę – jakby wahała się, czy wypowiedzieć słowa cisnące się jej na usta. Mimo to ruszyła w moją stronę, powoli, z dłońmi spoczywającymi na biodrach. Zatrzymała się tuż przede mną, spojrzała raz jeszcze – tym razem pewniej – i powiedziała:
– Cześć.
To jedno słowo zabrzmiało jak zaproszenie do czegoś nieznanego i magicznego. Jak cichy szept drzwi otwierających się do innego świata.
– Hej – odpowiedziałem, patrząc jej w oczy i czując, jak robi mi się cieplej na sercu.
Isabella nie miała na sobie nic ekstrawaganckiego. W przeciwieństwie do reszty dziewczyn jej strój był prosty, niemal codzienny – a jednak to właśnie on najbardziej do niej pasował. Miała na sobie letnią sukienkę z cienkiego materiału, w drobny wzór tęczowych kwiatuszków. Sukienka sięgała jej za kolana, bez dekoltu i ozdobnych dodatków. I to właśnie ta skromność czyniła ją tak urokliwą.
Jej szczupłe, harmonijnie zbudowane ciało poruszało się z naturalną gracją. Długie, ciemne włosy opadały na plecy, związane wstążką w kolorze żółtej apaszki, która subtelnie kontrastowała z głęboką czernią jej włosów i ciemną oprawą dużych, pełnych tajemnicy oczu.
– Wszystkiego najlepszego, Julian – powiedziała, podchodząc i obejmując mnie za ramiona.
Przywarłem do niej całym ciałem, wtulając się w jej ciepło i czując, jak jej serce bije szybko, nerwowo.
– Boże, – pomyślałem, naprawdę szczęśliwy, – teraz mam już wszystko.
Isabella była jak postać z innego wymiaru – spokojna, delikatna, a jednocześnie niosąca w sobie coś, co na długo pozostawało w sercu. W tej chwili zrozumiałem, że Isabella jest kimś więcej niż tylko piękną dziewczyną. Była jak wiersz, który chce się czytać wciąż od nowa, odkrywając za każdym razem nowe znaczenia.
Zapadł wieczór. Złote promienie słońca, przeciskające się przez rozrzedzone chmury i korony drzew, tańczyły na tafli jeziora, odbijając się od niej i rzucając do salonu olśniewające poblaski światła. Pokój wypełnił się ciepłem i blaskiem, jakby sam wieczór chciał dodać uroczystości tej chwili. Przez uchylone okno wpływało świeże, wilgotne powietrze, niosące zapach wody, lasu i wieczornego chłodu, który łagodnie mieszał się z wonią jedzenia oraz rozmaitych perfum – subtelnych śladów po przybyłych dziewczynach.
Wtedy do salonu wkroczyła ciocia. Nie spojrzała od razu na zebranych gości. Jej wzrok przesuwał się metodycznie po wnętrzu, jakby oceniała stan mebli, porządek na półkach, czy to, czy kotary wiszą równo. Przypominała gospodynię, która – mimo pełnego domu ludzi – wciąż czuwa nad wszystkim, by nic nie zostało przypadkowi. Jej spojrzenie sunęło po kredensie, po regałach, po firankach – jakby szukała niedociągnięć, albo chciała się upewnić, że wszystko jest tak, jak być powinno.
Dopiero po dłuższej chwili jej wzrok spoczął na mnie. Tym razem było to inne spojrzenie – ciepłe, pełne czułości i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłem nazwać... może troski, a może dumy.
– Wszystkiego najlepszego, Julian, z okazji twoich urodzin – powiedziała z łagodnym uśmiechem, niosąc w dłoniach duży, pięknie udekorowany tort, który już z daleka pachniał wanilią i kremem.
– Mam nadzieję, że ten wieczór – ta kolacja, goście, prezenty – że to wszystko przyniesie ci dużo radości i satysfakcji – dodała, podchodząc bliżej. – Chciałabym, żebyś zapamiętał wakacje u mnie jako coś wyjątkowego. I kiedy będziesz już daleko, na studiach, żebyś czasem wspomniał nas, ten dom, te chwile.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz