478. A gdzie jest Amelia?
Była inaczej uczesana – jej włosy układały się w artystyczny nieład złocistych loków, spływających niczym niesforne strumyki. Wkroczyła do salonu z aktorską ekspresją, podrygując w rytm muzyki, którą Natalia właśnie puściła ze sprzętu stereo cioci. Każdy jej ruch emanował energią i kokieterią – uniosła ramiona, potrząsnęła nimi lekko, zaciskając dłonie w triumfalnym geście, jakby właśnie wygrała jakąś wielką grę.
Jej strój był odważny – choć biorąc pod uwagę, że były wakacje, może nie aż tak zaskakujący. Miała na sobie śnieżnobiałą sukienkę z głębokim dekoltem, odsłaniającą smukłe ramiona i podkreślającą jej perfekcyjną sylwetkę. Jasna tkanina harmonizowała z jej włosami i oczami, sprawiając, że wyglądała niemal eterycznie. Ale to nie uroda była w niej najbardziej uderzająca – to ta niezwykła radość życia, ta iskra w spojrzeniu, która nadawała jej magnetyczny urok.
Przekroczyła próg salonu, a ja wciąż nie mogłem uwierzyć, że tu jest. Robiło się coraz ciekawiej, a wieczór zapowiadał się wyjątkowo ekscytująco. Obecność Grace na tej imprezie gwarantowała wybuchową zabawę.
Stanęła przede mną i zrobiła minę urażonego dziecka, po czym teatralnym gestem przyłożyła dłoń do piersi i przymrużyła oczy w udawanym żalu.
– No Julian, nie mów, że jesteś aż tak zaskoczony! – westchnęła z przesadną dramatycznością, po czym nagle się rozpromieniła. – Nie cieszysz się, że tu jestem? Postaramy się rozkręcić tę imprezę na maksa!
W jej głosie brzmiała obietnica szaleństwa, które dopiero miało się zacząć. I biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się w tamtej stodole, wiedziałem jedno – te urodziny nie będą zwykłym, spokojnym spotkaniem. Nie z Grace w pobliżu.
Jej obecność zapowiadała prawdziwą burzę… a może nawet huragan, który miał się przetoczyć przez dom cioci.
Ten wieczór – nazywany również moimi urodzinami – miał zapisać się w mojej pamięci jako coś naprawdę wyjątkowego.
– A gdzie jest Amelia? – zapytałem z nutą niepewności w głosie, choć w głębi duszy czułem, że taka impreza nie może się obyć bez bliźniaczki Grace. One były jak papużki nierozłączki – zawsze razem. Choć niemal identyczne z wyglądu, tak bardzo się od siebie różniły.
Przede wszystkim Amelia była wyższa i nieco szczuplejsza od siostry, choć – muszę przyznać – równie zgrabna. Miała w sobie coś ulotnego, niemal baśniowego – była jak mglisty poranek nad jeziorem, delikatna i eteryczna, jakby unosiła się nad ziemią zamiast po niej stąpać. W przeciwieństwie do Grace, która dbała o każdy detal swojej fryzury, Amelia pozwalała włosom żyć własnym życiem. Białe jak len, proste kosmyki opadały swobodnie na plecy i szyję, poruszając się przy każdym jej kroku z naturalną lekkością. Urocza grzywka, zasłaniająca niemal całe czoło, nadawała jej dziewczęcego wdzięku i niewinności, która kontrastowała z figlarnym błyskiem w oczach.
Sposób, w jaki wyglądała, doskonale oddawał klimat tego wieczoru. Przywoływał wspomnienia tamtego konkursu karaoke z początku wakacji, kiedy to wszystko się zaczęło. Jej strój był jak podpis – osobisty, charakterystyczny i doskonale oddający mazurski klimat naszej przygody nad jeziorem.
Nie był to typowy wakacyjny zestaw: szorty i kolorowy t-shirt. Westchnąłem głęboko, urzeczony. Jej stylizacja przypominała nieco kiczowaty, ale uroczy strój z tamtego karaoke party. Miała na sobie białą bluzkę wykończoną misterną koronką, a do tego spódniczkę z lekkiego, przewiewnego materiału, sięgającą za kolana. Na bluzce błyszczał różowy gorsecik, sznurowany tasiemką, który dodawał całości kreskówkowego uroku, jakby wyjęto go z jakiejś romantycznej anime. Gorsecik przechodził płynnie w fartuszek w tym samym kolorze, zakrywający część białej spódniczki i podkreślający jej talię w sposób, od którego trudno było oderwać wzrok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz