481. Smaki dzieciństwa.
W jej oczach lśniło szczere uczucie. Dopiero teraz zrozumiałem, że mówi to całym sercem. Było w niej coś matczynego, coś, co potrafiło ogrzać człowieka od środka. A jednak z drugiej strony wiedziałem, że kryje się w niej również dzikość – instynkt prawdziwego drapieżnika. Czarna pantera. Gdy wyrusza na polowanie, nie odpuszcza swojej ofierze.
Ciocia potrafiła rozgrzać atmosferę bardziej niż piec hutniczy. Była jak kameleon – z jednej strony łagodna, ciepła i opiekuńcza, z drugiej – pełna werwy, energii i młodzieńczej zadziorności. Stała w złocistym blasku zachodzącego słońca, które padało przez okno prosto na jej sylwetkę, jakby celowo chciało ją wyróżnić, wydobyć z cienia i otoczyć aurą światła.
Nie wiedziałem, co o niej myśleć. Wzbudzała we mnie sprzeczne uczucia. I dopiero podczas tych wakacji zrozumiałem, że ciocia jest mistrzynią intrygi – potrafi zbudować pajęczynę, w którą wpada się nieświadomie.
Miała na sobie żółtą sukienkę, sięgającą przed kolana – może odrobinę zbyt krótką, jak na kogoś w jej wieku, pomyślałem. A jednak pasowała do niej zaskakująco dobrze. Już raz widziałem ją w tej sukience – na samym początku wakacji, kiedy szła do mnie wzdłuż jeziora. Kolor miała jak wieczorne słońce – to samo, które teraz żegnało dzień. Uszyta z lekkiego materiału, opierała się na szerokich ramiączkach, a głęboki, trójkątny dekolt subtelnie podkreślał kobiece kształty. Była zarazem elegancka i naturalna – jakby nie potrzebowała żadnych dodatków, by przyciągać uwagę.
– W takim razie... – powiedziała z uśmiechem, stawiając tort na stole i pochylając się lekko. Dekolt sukienki odchylił się bardziej, niż powinien, a ja zobaczyłem więcej, niż wypadało. – ...proponuję zgasić świeczki i pokroić tort.
W pokoju zapadła cisza – jakby wszyscy przez chwilę zawisnęli między wzruszeniem a radością. Światło słońca powoli bladło, ustępując miejsca ciepłemu blaskowi lamp. Wieczór nabierał przytulnego, domowego charakteru.
Siedząc wśród znajomych twarzy, poczułem coś, czego nie czułem od dawna – wdzięczność i spokój.
Dziewczyny zbliżyły się do stołu, tworząc półokrąg wokół tortu. Grace wyciągnęła telefon, gotowa uchwycić moment. Amelia zażartowała, że powinienem pomyśleć życzenie – „ale nie byle jakie, tylko porządne, z serca!”. Ich spojrzenia były ciepłe, trochę figlarne. Przypomniały mi dzieciństwo – urodziny w ogrodzie, tort krojony pod czujnym okiem rodziców, życzenia szepczące się tak cicho, jakby wszechświat podsłuchiwał.
Zamknąłem oczy. Przez chwilę nie słyszałem nic – ani śmiechów, ani szurania krzeseł. W głowie miałem tylko ten wieczór: światło, zapach lasu i jeziora, głos cioci, który mimo lat wciąż kojarzył mi się z beztroską dzieciństwa i naszymi wspólnymi przygodami.
Pomyślałem wtedy nie o niczym materialnym, lecz o czymś trudniejszym – by umieć zapamiętywać chwile takie jak ta. By nie przemknęły jak światło między liśćmi.
Zdmuchnąłem świeczki.
– No to teraz – powiedziała ciocia, klaszcząc w dłonie – kroimy!
Tort okazał się równie pyszny, jak wyglądał – delikatny biszkopt, przełożony kremem waniliowym i powidłami z czarnej porzeczki. Smaki dzieciństwa. Atmosfera rozluźniła się jeszcze bardziej. Rozmowy potoczyły się jak rzeka – wartko, radośnie, naturalnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz