476. Gdzie jest jubilat?
To miały być tylko urodziny. Nic wielkiego, jak zapewniała ciocia Antonina przez telefon – „ot, kameralne spotkanie, parę znajomych twarzy, coś dobrego do zjedzenia, trochę wina i rozmów do późna.” Ale znałem ją zbyt dobrze, żeby uwierzyć w tę fałszywą skromność.
Willa stała jak zawsze – majestatyczna, z widokiem na jezioro, którego tafla odbijała niebo i wieczorne promienie słońca. Miałem pojawić się wcześniej. Taki był plan. Miałem wejść, przywitać się, rozgościć, a potem… cóż, potem miało się zacząć coś, o czym jeszcze nie wiedziałem.
W środku było cicho. Zbyt cicho jak na dom, który za parę chwil miał tętnić życiem. Tylko ciocia w kuchni – słyszałem stłumione odgłosy talerzy, cichy szelest fartucha, jej pospieszny chód. Nie chciałem jej przeszkadzać. Wsunąłem się do środka, rzuciłem przez ramię „dzień dobry” i ruszyłem do salonu.
Zająłem miejsce na kanapie. Siedziałem tam sam, wśród znajomych zapachów mebli, starej biblioteki i ciast, które dopiero co wyszły z piekarnika. Miałem poczekać. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie na tort, nie na świeczki.
W pewnym momencie stało się coś, na co nie byłem przygotowany.
Podrygując w rytmie tanecznej melodii, klaszcząc w dłonie i zalotnie kołysząc biodrami, Natalia wkroczyła do salonu z promiennym uśmiechem na twarzy. Odkąd ją poznałem, nigdy nie przestała mnie zaskakiwać, ale tym razem naprawdę przeszła samą siebie. Była zjawiskowa. W tej chwili wydawało się, jakby promieniowała energią i radością, przyciągając wzrok każdego, kto znajdował się w pobliżu.
Ubrana była w prostą, ale niepokojąco intrygującą sukienkę, która nie przypominała stroju dorosłej kobiety. Jej krój przywodził na myśl strój dziecięcej lalki – króciutka, rozszerzająca się ku dołowi, zaledwie muskająca pośladki. Niebieski, pasiasty materiał zdawał się sztywny, jakby sukienka miała własne życie, unosząc się delikatnie przy każdym jej ruchu. Cienkie ramiączka ledwie utrzymywały kreację na jej ciele, krzyżując się powyżej piersi i w połowie łopatek. Dwie ogromne, niemal przerysowane kieszenie, przyszyte na wysokości bioder, dodawały temu strojowi jeszcze większej niezwykłości, sprawiając, że wyglądała jak postać wyjęta z innej rzeczywistości – może ze snu, może z bajki.
Na innej osobie ta sukienka mogłaby wydawać się groteskowa, zbyt luźna i niepasująca do okazji, ale na Natalii… na niej wszystko nabierało sensu. Jej idealnie gładka, złocista skóra kontrastowała z błękitem materiału, a aksamitne, kruczoczarne włosy opadały miękką falą na plecy. Najbardziej jednak przyciągały uwagę jej oczy – wielkie, głębokie jak otchłań kosmosu, pełne tajemnicy i blasku.
Siedziałem w fotelu, a ponieważ znajdowałem się nisko, mój wzrok automatycznie podążył w górę, obejmując całą sylwetkę Natalii. Przy tej długości jej stroju miałem niepowtarzalną okazję podziwiać smukłe, jędrne uda, a nawet fragment krągłych pośladków, które uporczywie wymykały się spod skąpego materiału sukienki. Gdy tak patrzyłem, zauważyłem jeszcze jeden szczegół – na jej obojczykach znajdowały się urocze kokardy, którymi była wiązana sukienka. Ten drobny element sprawił, że cały obraz nabrał dodatkowego uroku, niemal jakby Natalia była postacią z zaczarowanej opowieści.
Oszołomiony jej widokiem, otworzyłem usta, ale nie potrafiłem wydobyć z siebie ani słowa. Mój umysł wciąż usiłował nadążyć za tym, co widziały oczy, a serce biło nieco szybciej, jakby w reakcji na magię tej chwili.
To ona pierwsza przerwała ciszę, spoglądając na mnie z rozbawieniem w oczach:
– Gdzie jest jubilat? Chcę mu złożyć życzenia! – rzuciła pogodnym, beztroskim tonem, po czym ruszyła w moją stronę, jej ruchy lekkie i pełne swobody, jakby tańczyła na niewidzialnej scenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz