4. Z walizką i jabłkiem w kieszeni
Na moment zapadła cisza. Grzesiek zaczął szurać nogą po ziemi, Sławek kaszlnął teatralnie, Darek udawał, że sprawdza coś w kieszeni. W końcu Grzesiek przerwał niezręczność:
– To może herbaty? Z termosu, prawie jak w restauracji. Tylko trzeba uważać, bo łyżka się w niej topi.
Beata parsknęła śmiechem, a ten śmiech jakby odczarował chłopaków – już nie byli tacy spięci. Marek, który trzymał metalowy kubek, odsunął się trochę i podał jej go nieśmiało.
– Proszę. Jeszcze ciepła.
Wzięła kubek, dotknęła palcami jego dłoni. Krótkie, prawie niezauważalne muśnięcie. Ale dla niego wystarczyło, by zapamiętał ten moment na całe życie.
A gdzieś w tle radio w oknie dworku zagrało „Jolka, Jolka pamiętasz”. Dźwięk niósł się po wilgotnym powietrzu, a świat – choć zimny i niepewny – wydawał się w tej chwili dziwnie prosty i dobry.
Rozmawiali żywo, przekomarzając się o kierowniku, o tym, jak w mieście jabłka nieZ walizką, jabłkiem w kieszeni pachną tak słodko, i o planach na weekend. Śmiali się głośno, ale czasem milkli na moment, jakby słowa ugrzęzły im w gardle – ta typowa młodzieńcza niepewność, gdy świat wydaje się ogromny i pełen możliwości.
W końcu, gdy rozmowa zaczęła cichnąć, Beata kopnęła kilka liści, jakby dla odwagi.
– W sobotę... w remizie ma być zabawa – powiedziała, niby od niechcenia, ale z lekkim drżeniem głosu. – Taka zwykła, wiejska. Zespół z miasteczka, kiełbasa z rusztu, tańce. Cała wieś przychodzi.
Chłopcy spojrzeli po sobie. Grzesiek parsknął śmiechem:
– A my wracamy na weekend do domów. Pociąg w piątek wieczorem!
– No jasne – dorzucił Sławek. – Co tu robić bez roboty?
Darek roześmiał się cicho. Beata skinęła głową, choć w jej uśmiechu było coś wymuszonego.
– No tak, pewnie macie swoje dziewczyny w mieście – rzuciła lekko, starając się, by brzmiało to żartobliwie.
Tylko Marek milczał. Patrzył na nią z spokojną uwagą. I wtedy powiedział:
– Ja zostaję.
Słowa zabrzmiały tak niespodziewanie, że rozmowa urwała się jak nożem uciął.
– Co? Zwariowałeś? – wykrzyknął Grzesiek.
– A po co mam wracać na dwa dni? – Marek wzruszył ramionami. – W poniedziałek i tak znowu pociąg. Ktoś musi dopilnować jabłek, nie?
Beata zerknęła na niego z zaskoczeniem, ale w jej oczach pojawił się błysk.
– Serio zostajesz?
– Serio – potwierdził. – W końcu... może warto zobaczyć, jak tu jest w weekend.
– To... może się zobaczymy w sobotę – powiedziała, odwracając się powoli.
– Może – odpowiedział.
To jedno słowo zawisło w powietrzu, cięższe niż wszystko, co wcześniej padło.
***
Wieczór rozlał się nad pałacykiem jak gęsta, ciemna farba. Żółte światło latarni ledwo przebijało się przez korony jabłoni, rzucając drżące cienie na bruk, jeszcze wilgotny po popołudniowym deszczu. Marek stał w progu sali na parterze – tej, którą praktykanci żartobliwie nazywali „wspólną”. Pachniało tu starym drewnem, kurzem i czymś nieuchwytnym – może wspomnieniem dawnych rozmów.
Chłopcy odjechali godzinę temu. Pociąg do domu – jak co tydzień. Grzesiek żartował do końca, Sławek poklepał Marka po ramieniu, Darek kiwnął głową. Został sam.
Z walizką, jabłkiem w kieszeni i dziwnym uczuciem w piersi. Przeszedł przez dziedziniec, zatrzymał się przy bramie, spojrzał za odchodzącym światłem latarni. Wrócił do pałacyku. Korytarze wydawały się cichsze, chłodniejsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz