13. Była słona, ciepła, drżąca
Pokój na piętrze był mały, jakby dworek schował tu swój najcichszy sekret – ściany blisko siebie, sufit niski, pochylony jak ramiona starego człowieka. Okno wychodziło na sad, gdzie mgła unosiła się leniwie nad jabłoniami, tworząc białe, bezkształtne widma, które zdawały się czaić tuż za szybą. Powietrze w środku było cięższe niż na dole – gęste od zapachu starego lakieru, kurzu i czegoś wilgotnego, co sączyło się z podłogi, jakby drewno płakało po cichu przez lata.
Beata zamknęła drzwi z cichym kliknięciem, które zabrzmiało jak westchnienie ulgi. Odwróciła się do niego powoli, a w półmroku jej sylwetka rysowała się miękko – sukienka marszczyła się lekko na biodrach, sweter zsunął się z jednego ramienia, odsłaniając bladą skórę, na której księżyc kładł srebrzysty połysk. Stała tam, z dłońmi oparttymi o drzwi za plecami, jakby potrzebowała tej oparcia, by nie upaść w tę ciszę.
Marek nie ruszył się. Stał w miejscu, gdzie zostawiła go jej dłoń, czując, jak serce wciąż bije mu w uszach – głośno, natarczywie, jak echo tamtego dźwięku z pianina. Ciemność w pokoju była inna niż na dole; tu miała kształt – oplatała ich jak pajęczyna, miękka, ale lepka. Słyszał jej oddech, płytki i szybki, i swój własny, który próbował wyrównać, ale nie potrafił.
– Tu jest ciszej – powiedziała cicho, prawie szeptem, jakby bała się, że słowa rozbiją tę kruchą bańkę. – Na dole... dworek słucha. Tu... pozwala być.
Zrobiła krok w jego stronę. Podłoga zaskrzypiała pod jej botkiem – pojedynczy, żałosny jęk, który przeszył Marka dreszczem. Zatrzymała się tak blisko, że czuł ciepło bijące od jej ciała, mieszające się z chłodem nocy, który wślizgnął się przez szpary w oknie. Jej dłoń uniosła się powoli, zawahała w powietrzu, a potem dotknęła jego policzka – delikatnie, opuszkami palców, jakby sprawdzała, czy jest prawdziwy.
– Marek... – wyszeptała jego imię, a w tym słowie było wszystko: pytanie, prośba, obietnica. Jej kciuk przesunął się po jego wardze, ledwie muskając, ale wystarczająco, by jego oddech zadrżał.
Nie czekał dłużej. Jego ręce znalazły jej talię, przyciągnęły bliżej – nie gwałtownie, ale z tą niecierpliwą pewnością, która narastała w nim od remizy. Czuł miękkość swetra pod palcami, potem gładź sukienki, ciepło skóry pod spodem. Przycisnął ją do siebie, a ona westchnęła cicho, opierając czoło o jego. Ich nosy otarły się o siebie, oddechy splątały – ciepły, wilgotny, pachnący herbatą z termosu i jabłkami z sadu.
– Bałem się, że to wszystko... tylko w mojej głowie – mruknął, a jego głos był chrapliwy, obcy, pełen tego napięcia, które paliło go od wewnątrz.
– Nie – odparła, a jej usta musnęły jego w kąciku. – Czuję to samo. Od tamtego wieczoru pod dębem. Twoje spojrzenie... ono mnie nie puszczało.
Jej palce wsunęły się w jego włosy, pociągnęły lekko, tiltując jego głowę w dół. Pocałunek przyszedł naturalnie – nie jak w remizie, nie nieśmiały i przerywany, ale głęboki, głodny. Jej wargi były miękkie, wilgotne, smakowały słodyczą oranżady i czymś ostrzejszym, jak dojrzałe jabłko przebite paznokciem. Otworzyła się dla niego, a jego język dotknął jej, badawczo, ostrożnie, potem pewniej. Jęknęła cicho w jego usta – dźwięk, który przeszył go jak prąd, każąc dłoniom zacisnąć się mocniej na jej biodrach.
Odsunęli się tylko na chwilę, by złapać oddech. Jej oczy błyszczały w półmroku, szerokie, ciemne, pełne tego samego ognia. Sweter zsunął się niżej, odsłaniając obojczyk, a on nie mógł się powstrzymać – pochylił się, musnął wargami tę skórę, czując puls pod cienką warstwą. Była słona, ciepła, drżąca. Jej dłonie zacisnęły się na jego ramionach, paznokcie wbiły się lekko przez koszulę.
– Marek... – wyszeptała znów, ale tym razem to brzmiało jak błaganie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz