5. A list leżał w milczeniu
Ogień w kominku oddychał cicho, raz po raz wypuszczając iskry, które znikały w półmroku. Powietrze pachniało bergamotką, dymem i czymś jeszcze – ciepłem, które zostaje na skórze po dotyku. Na parapecie stygnął dzbanek z herbatą, a szyby, zamglone, odbijały pomarańczowe światło.
Zuzanna otuliła się kocem po sam podbródek. Ciepło materiału i pulsujący rytm ognia koiły ją, ale w środku miała niepokój. Na stoliku, tuż obok kubka, leżała rozmazana koperta – biała plama na tle drewna. Ogień poruszał jej cieniem po ścianie, jakby list chciał przemówić, ale nie potrafił.
– Wciąż o tym myślisz – odezwał się Michał z podłogi, głosem cichym, zachrypniętym od milczenia.
Nie odpowiedziała. Oparła głowę o oparcie fotela, nasłuchując, jak drewno pęka w żarze. Płomienie miały swój rytm – przypominały jej ćwiczenia na skrzypcach: powtarzalność, napięcie, zwolnienie. Tak samo kiedyś ćwiczyła oddech, zanim weszła na scenę.
– Myślę o dźwięku, którego już nie potrafię wydobyć – powiedziała w końcu. – O ciszy, która mi go zastąpiła.
Michał poruszył się, a koc zsunął się z jego kolan. Złapał go, ale zamiast okryć siebie, zarzucił go na nią, jakby chciał zatrzymać ciepło w tym jednym punkcie, gdzie ich ramiona prawie się stykały.
– Może cisza też jest muzyką – szepnął. Słowa zabrzmiały banalnie, ale w jego głosie było coś, co sprawiło, że uwierzyła.
Zuzanna uniosła kubek do ust. Herbata była gorąca, pachniała cytrusowo i gorzko. Kiedy odstawiła go z powrotem, jej palce zetknęły się z jego dłonią. Nie odsunęła jej.
Ogień rozświetlił jego twarz – surową, zmęczoną, z cieniem uśmiechu w kąciku ust. Ciemne włosy wyschły, opadając swobodnie, a w oczach odbijał się taniec płomieni.
– Czego ty chcesz? – powtórzył cicho.
Zuzanna zamknęła oczy. W ciemności widziała kolory: głęboki bursztyn, szarość, miękki błękit. Wspomnienia – scena filharmonii, cisza po ostatnim dźwięku, spojrzenie matki. Wtedy jej świat był dźwiękiem. Teraz był dotykiem, oddechem, ciepłem.
– Chcę, żeby to trwało – odpowiedziała, otwierając oczy.
Jego dłoń odnalazła jej policzek. Nieśmiały gest, jak próba nuty. Ciepłe palce przesunęły się po jej skórze, po włosach, które wciąż pachniały deszczem.
Zuzanna pochyliła się ku niemu, a ich oddechy zlały się w jeden. Pocałunek był ciepły, miękki, pozbawiony pośpiechu. Nie szukał potwierdzenia – raczej zrozumienia.
Świat za oknem stawał się tłem – krople wciąż szeptały o zmierzchu, o czasie, który nie wróci.
W środku pachniało herbatą i drewnem. Ogień szeptał, a ich dłonie znalazły się znów – razem – jakby zawsze do siebie należały.
Na stole, obok rozmazanej koperty, leżał mały kamyk. Ten sam, który Michał zostawił na pomoście. W świetle ognia połyskiwał jak fragment jeziora.
Zuzanna wyciągnęła po niego rękę. Chłodny, gładki w dotyku, przypominał jej, że każda historia zaczyna się od drobiazgu.
– Jutro niebo się wypogodzi – powiedział Michał. – Może zagramy coś razem?
– Może – uśmiechnęła się. – Ale tym razem ty zaczniesz.
Płomienie zatańczyły mocniej, jakby przyjęły to wyzwanie.
A list… leżał w milczeniu. Atrament już całkiem się rozmył. Warszawa przestała istnieć w tych kilku linijkach papieru, jakby nigdy jej tam nie było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz