2. Była wiosna.
Patrzę na nią i serio – nie wiem, co robić. Jedna część mnie krzyczy: idź, weź ją w ramiona, przytul, przecież po to tu jesteśmy. Druga mówi: stój, patrz, nie ruszaj się. Bo jak tylko spróbuję dotknąć, to wszystko zniknie, rozpadnie się w powietrzu i nic nie zostanie.
Nie wiem, czy znajdę dobre słowa, żeby opisać, co wtedy czułem – w głowie i w sercu – ale spróbuję. Edyta miała na sobie ciemną, chyba granatową bluzkę z głębokim dekoltem. Pod szyją i na krótkich rękawkach biała obwódka w kształcie serca, a na dole biały ściągacz, kończący się trochę powyżej pępka.
Do tego biała spódnica, chyba lniana. Na biodrach i pupie ciasno opinała ciało, a niżej rozchodziła się lekkim kloszem. Pamiętam do dziś te kwiatki – wycięte dziurki w materiale. Dodawały jej jakiejś takiej lekkości, jakby była z wiatru. Idealny strój na upalne lato albo późną wiosnę.
Nie spieszcie mnie, bo pewnie czekacie na jakieś ostre szczegóły. Sorry, ale jeśli liczycie na to, to się zawiedziecie. To nie o tym. Chodzi o to delikatne wrażenie, co nas otulało jak mgła – w środku dnia.
Gra? Striptiz w biały dzień? Heh, może trochę. Ale ona to dla mnie zrobiła. I to było lepsze niż wszystko inne.
Od razu, w tej pierwszej chwili, kiedy stanęła bokiem, prawie tyłem, z brodą na ramieniu, dłońmi na biodrach… wsunęła palce za gumkę spódnicy – luźną, taką na luzie. Pociągnęła z jednej strony w dół. Biały materiał zsunął się z uda, jeszcze nie na pupę.
Prawda, że robi się gorąco? Ale jakby to robiła inna dziewczyna, gdzie indziej – byłoby to zwykłe, może śmieszne, może seksowne, ale nie magiczne. Po prostu normalne.
Boże, jak ona tu pasowała – do tego rozwalającego się domu, do tej pustej, starej posiadłości, którą wybrała na swój pokaz. Na tle tych murów wyglądała jak orchidea, jak gwiazda.
Patrzyłem na nią i choć nigdzie nie było zegara, czułem, jak czas płynie. Może to moje serce tak odliczało? I ten szept w głowie: „Edytko, jaka ty jesteś piękna…”
Jeszcze nic się nie zaczęło, a ja już czułem, że mam cały świat. Przynajmniej ją – a to było więcej niż wszystko. Dla mnie była całym wszechświatem.
Stała tam, przy tej starej, popękanej balustradzie. Patrzyła na mnie, a w oczach miała: „No chodź, przytul, pocałuj, weź mnie”. A ja się bałem. Bałem, że jak tylko ruszę, czar pryśnie i zostanie tylko nagość, tylko seks – bez tej magii, która nas otaczała.
Odwróciła się powoli, ułamała małą gałązkę bzu i – trzymając ją w dwóch palcach – oparła się o tę popękaną balustradę. Dopiero teraz to do mnie dotarło: jaka ona była młoda, piękna, niewinna. Po prostu śliczna. Ta trójkątna buzia, duże ciemne oczy w ciemnej oprawie, mały nosek, wąskie usta – wszystko razem takie delikatne, kruche, pełne życia i energii.
Spojrzałem jeszcze raz na budynek za nią – był w gorszym stanie, niż myślałem. Ściany, niby stylizowane na stare, poobijane, okno z luksferów wybite, podziurawione, puste, ciemne wnętrze pachniało stęchlizną. Ale nie chcieliśmy tam wchodzić. Była wiosna. Wszystko działo się na zewnątrz, wśród krzaków bzu i jaśminu, gdzie wysoka trawa zarastała każdy kawałek ziemi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz