8. Zdrada
W starym domu pachniało wilgocią i dymem, a ciepły blask lampy naftowej tańczył na deskach, malując ich twarze cieniami. Po burzy wysiadł prąd, więc świat skurczył się do małego kręgu światła i szumu deszczu za szybą.
Ona siedziała w fotelu, otulona kocem, bose stopy wciągnięte pod siebie. Sukienka, jeszcze lekko wilgotna, przylegała do skóry. Palce, z drobnymi bliznami po strunach, gładziły krawędź zmiętej gazety. Drżała lekko, jakby papier mógł ją poparzyć.
– Przeczytałam – powiedziała w końcu, nie patrząc na niego.
Szelest stron zabrzmiał jak fałszywy ton. – Nie był twój tekst. Ktoś dopisał… zrobił ze mnie historię, nie człowieka.
Michał stał przy drzwiach, wciąż mokry od deszczu. Jego kurtka parowała, pachniała sosnowym mydłem i ogniskiem. Krople wody spływały po jego włosach, po linii szczęki. Odetchnął głęboko, jakby każde słowo miało kosztować go odwagę.
– Wiem. Redaktor przerobił wszystko. Mój tekst był o muzyce, nie o tobie. Ale wtedy... już nie mogłem tego cofnąć.
Zadrżała. Lampa zasyczała, ogień w niej zamigotał.
– A jednak milczałeś. Pozwoliłeś, żeby ludzie znów widzieli mnie tylko przez tę jedną cechę. „Niewidoma skrzypaczka” – to miało się dobrze klikać, prawda?
W jej głosie było zmęczenie, nie gniew. Jakby już raz wypowiedziała to w myślach i wiedziała, że nic nie zmieni.
Michał zbliżył się o krok.
– Bałem się, że cię stracę, jeśli powiem prawdę. A jeśli nie powiem – też cię stracę. Nie miałem dobrego wyjścia, Zuza.
Jej dłoń zacisnęła się na gazecie, aż papier pękł.
– Więc wybrałeś wygodę – szepnęła.
Nie spojrzała na niego, ale czuła jego obecność. Ciepło z jego ciała przebijało chłód powietrza, wypełniając pokój napięciem, które miało w sobie więcej namiętności niż złości.
Zrobił jeszcze krok, aż cień jego sylwetki przeciął światło lampy.
– Nie wygodę. Strach. – Jego głos zadrżał, głęboki, chropowaty. – Ale kiedy zobaczyłem cię tutaj, z dala od wszystkiego… zrozumiałem, że to nie był tylko błąd zawodowy. To była zdrada. I twoja, i moja.
Podniosła głowę, powoli. Cienie zatańczyły po jej twarzy, podkreślając piegi i błysk łzy na policzku.
– Zdrada? – zapytała. – Może raczej lekcja.
Odsunęła gazetę na bok. Jej palce, wciąż drżące, sięgnęły do jego dłoni. Skóra pod opuszkami była szorstka, ciepła, prawdziwa.
– Wiesz, co boli najbardziej? – wyszeptała. – Że nie potrafię cię nienawidzić.
Odetchnął, jakby coś w nim pękło. Pochylił się i dotknął jej czoła ustami. Nie był to pocałunek z namiętności – raczej z ulgi, że wciąż tam stoi, że jeszcze nie odeszła.
Lampa zamigotała, a deszcz za oknem zelżał. Ich cienie, splecione, poruszyły się na ścianie jak dwie nuty, które wreszcie trafiły w ten sam ton.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz