5. Miłość zaczyna się od skrzypienia schodów
Usiadł na ławie, spojrzał przez okno. Nad sadem wisiała mleczna mgła, z której powoli wyłaniał się księżyc – duży, żółty, trochę zamglony. Stary pałacyk skrzypiał cicho, jakby oddychał razem z nim.
Marek uśmiechnął się lekko. W głowie miał jej słowa: „Może się zobaczymy w sobotę.”
Pomyślał, że dawno nikt nie powiedział do niego nic, co miałoby w sobie tyle ciepła.
I wtedy to usłyszał.
Nie z góry. Nie z dołu. Z boku – ciche, ostrożne kroki. Podłoga zaskrzypiała, powietrze zadrżało. Serce zabiło mu mocniej. I wtedy ją zobaczył.
Beata stała na schodach. Nie w kurtce z futerkiem, nie w warkoczu z czerwoną wstążką. Miała na sobie prostą, granatową sukienkę, która sięgała tuż za kolano, i cienki sweterek przewiązany w talii. Włosy rozpuszczone – miękkie, falujące w świetle lampy jak ciepły miód. W dłoni trzymała mały koszyk – zapewne jabłka.
– Myślałam, że już pojechałeś – powiedziała cicho.
– Zostałem – odparł. – Obiecałem, że zobaczę, jak tu jest w weekend.
Uśmiechnęła się nieśmiało. Zeszła dwa stopnie niżej.
– To dobrze. Bo... dziś wieczorem próba przed zabawą. Pomyślałam, że może wpadniesz zobaczyć.
– W remizie?
– Tak. Zespół z miasteczka przyjechał wcześniej. Grzeją sprzęt. Będzie muzyka, światła… trochę jak w innym świecie.
Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało. Potem Beata uśmiechnęła się śmielej.
– Idziesz?
– Idę – odpowiedział.
Wysokie, brązowe botki – zamszowe, miękkie. Spódnica – tuż za kolano, z grubego płótna w kolorze rdzawego pomarańczu. Koszula western – oliwkowa, z perłowymi guzikami. Na szyi burgundowa chusta. Warkocz? Nie – włosy rozpuszczone, przewiązane tylko czerwoną wstążką na końcu jednego pasma.
Nie była to moda z katalogu. To była Beata – taka, jaka jest naprawdę.
Marek zamarł. Patrzył – i czuł, że to nie jest zwykłe zauroczenie.
– Hej… – odezwała się cicho.
– Hej – odpowiedział. – Wyglądasz… inaczej.
– Tak, wiesz… Pomyślałam, że skoro zostałeś tu sam, to mogę przyjść. Nie chciałam, żebyś siedział samotnie. W sobotę nikt nie powinien być sam.
– Nie musiałaś. Ale… cieszę się, że jesteś.
Milczeli przez moment. Tylko skrzypienie podłogi, tylko oddech, tylko światło latarni.
– Wiesz… ten pałacyk… on jest dla mnie jak ktoś żywy. Jakby miał duszę.
– Rozumiem – powiedziała. – Ja też tak mam z tą wsią. Wszyscy chcą stąd uciec, a ja... lubię tu wracać.
– To prawdziwe. Ty jesteś prawdziwa. Jesteś… jak światło w oknie, które się świeci, kiedy inni już śpią.
Zaśmiała się cicho.
– Nie przesadzaj. To tylko stare ubrania. Ale jeśli ci się podoba, to… dobrze.
– Podoba? Beata, ty przyniosłaś ze sobą lato. W środku jesieni.
Urwał. Patrzyli na siebie – ona z lekkim uśmiechem, on z oczami, w których drżał strach i zachwyt.
– To co? Pokażesz mi ten twój „pałac marzeń”?
– Jasne. Ale ostrzegam. On też może się w tobie zakochać.
– To wtedy będę miała konkurencję – zaśmiała się.
Wzięła go za rękę. Delikatnie, z ostrożnością. Ich dłonie złączyły się nieśmiało, ale pewnie. Ruszyli w górę schodów, krok za krokiem, a każde skrzypnięcie desek brzmiało jak słowa, których żadne z nich nie potrafiło jeszcze wypowiedzieć.
Światło latarni tańczyło na ich twarzach. Za oknem jesień szeptała coś wśród liści. A stary pałacyk – z odpadającym tynkiem, z duszą ukrytą w ścianach – patrzył na nich z łagodnością.
Bo wiedział.
Że czasem miłość zaczyna się od skrzypienia schodów.
I od czerwonej wstążki we włosach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz