Szukaj na tym blogu

16 listopada 2025

Czerwona wstążka

2. Jutro znowu o szóstej


Kilka dni wcześniej.

Pod dębem pachniało mokrą korą i dymem z ogniska, które ktoś wcześniej rozpalił w puszce po farbie. Płomień dawno już zgasł, ale ciepło wciąż trzymało się blaszanych ścianek. Chłopaki stali blisko siebie, przygarbieni, z rękami w kieszeniach. W powietrzu wisiał ten rodzaj ciszy, który pojawia się dopiero po całym dniu roboty — zmęczony, ale spokojny.

– No, to co, jutro znowu o szóstej? – rzucił Sławek, rozdeptując petem wilgotny liść.

– Chyba że znowu będzie lało – mruknął Marek, ten najcichszy z całej czwórki, z twarzą schowaną w kołnierzu kurtki.

– Nie będzie, ja mam nosa – odpowiedział z pewnością siebie Grzesiek, który „miał nosa” dosłownie do wszystkiego – od pogody po dziewczyny. – A nawet jak będzie, to co? Może dadzą nam dzień wolny, to się pójdzie do sklepu po coś mocniejszego niż oranżada.

Śmiech rozszedł się po placu, echo odbiło się od ścian dworku. Przez chwilę naprawdę wyglądali jak dzieci, które uciekły światu spod kontroli — wolne, rozgadane, zadowolone z byle drobiazgu.

Nagle w bramie pojawiła się dziewczyna. Szła ostrożnie po mokrym bruku, niosąc w ręku torbę, a za nią toczyła się stara walizka na kółkach, która bardziej przypominała skrzynkę na narzędzia. Miała dżinsową kurtkę z naszywkami, włosy związane w wysoki warkocz i minę kogoś, kto jeszcze nie wie, czy dobrze trafił.

– Ej, chłopaki, to chyba ta nowa – szepnął Sławek, poprawiając czapkę.

– Ta z ogrodnika – dopowiedział Grzesiek, z uśmiechem, który zawsze coś zapowiadał.

– Znowu się zacznie… – westchnął Marek, ale sam nie mógł oderwać od niej wzroku.

Dziewczyna zatrzymała się pod dębem, spojrzała na nich z lekkim uśmiechem.

– Dobrze trafiłam? To tu te praktyki sadownicze? – zapytała.

– Jak najbardziej. Witamy w sanatorium dla przemarzniętych robotników – odparł Grzesiek teatralnym tonem, a reszta parsknęła śmiechem.

– Grzesiek, zamknij się – syknął Marek, robiąc krok do przodu. – Pokój masz pewnie na górze, pani woźna da ci klucz. Jak coś, to my mieszkamy w drugim skrzydle.

– Dzięki – odpowiedziała. – A wy to…?

– Ekipa z południa – odparł Sławek z dumą, jakby to była nazwa zespołu rockowego.

Dziewczyna skinęła głową i ruszyła w stronę wejścia. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Gdy drzwi skrzypnęły i zamknęły się za nią, Grzesiek gwizdnął cicho.

– No, Marek, wygląda na to, że masz nową sąsiadkę.

Marek tylko wzruszył ramionami, ale jego uśmiech zdradzał wszystko. W tamtej chwili sam jeszcze nie wiedział, że ta jesień zmieni mu życie.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...