11. Pianino
Przez ułamek sekundy trwali w absolutnej, przerażającej ciszy. Dźwięk z pianina – pojedynczy, rozstrojony akord – zawisł w powietrzu jak coś żywego, obcego, jakby samo powietrze zadrżało. Marek poczuł, jak serce na moment zatrzymuje się w piersi, a potem rusza z szaleńczą siłą, tłukąc się o żebra.
Beata wstrzymała oddech. Jej palce, które przed chwilą miały wciągnąć go w pocałunek, zesztywniały na jego karku.
Pianino.
Zagrało samo.
To nie był dźwięk muzyki. To był jęk drewna i żelaza, które pamiętały zbyt wiele. Metaliczny ton rozszedł się po holu, odbił od sufitu i opadł na nich jak kurz z dawno zapomnianych lat.
Z sufitu coś zaszurało. W powietrzu uniósł się zapach stęchlizny i kurzu, w którym było coś dziwnie słodkiego – jak zbutwiały owoc albo konfitura zapomniana w spiżarni.
Marek przyciągnął Beatę bliżej. Jego ramię, dotąd pewne, teraz stało się tarczą. Ciemność, jeszcze przed chwilą miękka i zmysłowa, teraz wydawała się czaić, nasłuchiwać.
– Co to było? – wyszeptał.
Jego głos był chrapliwy, jakby obcy, pełen napięcia, które nie miało już nic wspólnego z pożądaniem.
Beata drżała w jego ramionach, ale gdy w końcu odpowiedziała, mówiła cicho, spokojnie – jak ktoś, kto zna tę noc lepiej niż światło.
– To tylko wiatr. Tak tu bywa. Przeciąg z piwnicy… porusza struny.
– Wiatr? – powtórzył niepewnie. – To brzmiało jak… cios.
– Albo mysz – odparła po chwili. – Albo dusza.
Na jej ustach zatańczył cień uśmiechu, a w głosie pojawiła się nuta rozbawienia. Delikatnie pogładziła jego kark, jakby chciała go uspokoić. – Mówiłam ci, że ten dom lubi opowiadać. Czasem głośno.
Chciał się zaśmiać, ale w gardle miał tylko suchość. Zamiast tego westchnął, a napięcie powoli zaczęło ustępować – wypierane przez ciepło jej ciała, przez zapach jej włosów, przez ruch jej palców kreślących uspokajające kręgi na jego skórze.
Ciemność znów się zmieniła. Stała się ich sprzymierzeńcem. Intymnością.
– Przestraszyłeś się? – zapytała z lekkim drżeniem w głosie. Jej usta, znajome już w tej ciemności, musnęły jego policzek.
– Nie – odparł, zbyt szybko, zbyt pewnie.
Ona uniosła brwi, choć wiedział, że tego nie widzi.
– Nie?
– Tylko… nie spodziewałem się – wyszeptał po chwili.
– Ja też nie – odpowiedziała, pochylając się tak, że jej oddech musnął jego usta. – Ciebie. Tego. Tego, co czuję.
Jej słowa poruszyły go bardziej niż dźwięk pianina. Były jak wyznanie z innego świata – prostsze, czystsze.
Jego dłonie zacisnęły się mocniej na jej talii. Poczuł, jak cała długość jej ciała przylega do jego, miękka, żywa, drżąca. Ciepło jej skóry przenikało przez cienki materiał sukienki, a jego własne ciało odpowiadało instynktownie – gwałtownie, zdezorientowane tym, jak mocno jej pragnie.
– A czujesz? – zapytał, chrapliwie, niepewnie.
– Czuję – wyszeptała. – Twoje serce. Jak bije. Tutaj.
Jej dłoń zsunęła się w dół, przyłożyła do jego klatki piersiowej, tuż nad sercem. Ciepło jej skóry przebiło się przez koszulę. – Dla mnie?
Zamknął oczy. Nie miał już słów.
Jego dłoń powędrowała w górę jej pleców, aż do karku, gdzie splatały się ciepło i zapach jej włosów. Drugą położył na jej biodrze, pewnie, z pragnieniem, które przestało być wstydem. Czuł ciężar jej ciała, puls jej krwi – coś pierwotnego, nienazwanego.
A potem… gdzieś w głębi domu znów coś zaszurało. Ledwie słyszalnie. Jakby stary dworek wciągał w siebie ich oddechy i słuchał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz